platforma blogowa portalu głos koszaliński

Archiwum kategorii: Bez kategorii

Rockowy duet Oil Stains z płytą „Nowhere to run”

Koszalińsko-gdański duet Oil Stains zaprasza fanów surowego, rockowego brzmienia do swojego świata. 18 marca 2020 roku premierę miała ich druga płyta zatytułowana „Nowhere to run”.

fot. Marcin Szczęsny

Założony w 2013 roku przez Maćka Sztymę i Sebastiana Strycharczuka (obaj z Koszalina, ale ten drugi od lat mieszka w Trójmieście) Oil Stains ma już na swoim koncie jeden album „Here Comes my Train” wydany w 2015 roku przez Buli Records. Z materiałem z tej płyty duet zagrał około 100 koncertów klubach w różnych częściach Polski, na zlotach motocyklowych. W 2016 roku zagrali na Przystanku Woodstock (obecnie Pol’and’Rock Festival).

Ich występy charakteryzują się ogromnym ładunkiem energii. Wrażenie robi gra muzyków: umiejętności łączenia gry rytmicznej z elementami solówek gitarzysty Maćka Sztymy oraz smolisty, mułowaty, przybrudzony przesterem głos grającego na perkusji wokalisty Sebastiana Strycharczuka. (Do dziś mam w pamięci koncert w pubie Graal, który duet zagrał w grudniu 2013 roku).

Póki co, zespół nie może koncertować, ale można już cieszyć się premierowymi kompozycjami. – Miło nam poinformować, że nasze ostatnie nagrania wreszcie zmaterializowały się w formie płyty. Uff… – informacja o takiej treści pojawiła się 18 marca wieczorem na profilu facebookowym Oil Stains. – Trochę to trwało, ale cieszymy się, że sprawę doprowadziliśmy do końca. W tym miejscu dziękujemy Michałowi Miegoniowi za studio i współpracę, Tomkowi Kurowskiemu za miks i Piotrowi Zdanowiczowi za grafikę.

Na albumie „Nowhere to run” znajduje się 12 utworów, choć fanów, którzy zdecydują się na zakup płyty czekać będzie niespodzianka w postaci 13. ukrytego utworu. Czego można się spodziewać po nowym materiale? Solidnej dawki rockowego, brudnego grania w starym stylu. – Tak jak poprzednio nie bawiliśmy się w żadne dogrywki, poprawki – są tylko perkusja, gitara i śpiew. W całej swojej surowości – zdradzają muzycy. Jest na tej płycie miejsce na szybkie, energetyczne granie, na balladową melancholię, czy na elementy etniczne. I po raz kolejny słuchając utworów Oil Stains trudno nadziwić się, że zagrali je tylko dwaj muzycy.

Polecam!

Album Oil Stains można kupić bezpośrednio od muzyków. Wystarczy napisać wiadomość prywatną na ich profilu facebook/oilstainsband albo pisząc maila na adres: oilstainsband@gmail.com

autor: Mariusz Rodziewicz

23. Płytowa Giełda GraMuzyka w Koszalinie już 15 lutego 2020

Płytowa Giełda GraMuzyka powoli staje się imprezą… międzynarodową! Chęć udziału po raz pierwszy zgłosił sprzedawca ze Szwecji. W wydarzeniu regularnie bierze też udział Duńczyk. I wielu wystawców z całej Polski.

fot. Mariusz Rodziewicz

Zgłoszenie od wystawcy z południa Szwecji dotarło kilkanaście dni temu. Zamierza przywieźć do Koszalina między 500, a 1.000 winyli przede wszystkim z muzyką heavy metalową, punkiem oraz rockiem od lat 50-tych do 90-tych. Przykładowe tytuły, które znajdą się na jego stoisku można znaleźć na wydarzeniu na Facebooku. Wystarczy wejść na profil organizatora: facebook.com/GraMuzykaBlog. Są tu wymienione wszyscy inni sprzedawcy, którzy pojawią się w sobotę 15 lutego w godz. 11-14 w Koszalińskiej Bibliotece Publicznej.

Jest ich kilkunastu i w sumie będą mieli ponad 8 tysięcy tytułów. Większość to winyle, ale nie zabraknie także i CD. A na nich niemal wszystko – od muzyki klasycznej i jazzu, przez pop, funk, soul, elektronikę i reggae, po rock i najbardziej ekstremalne odmiany metalu i grind core’a. Każdy powinien więc znaleźć coś dla siebie.

Co ważne, giełda jest nie tylko okazją do zrobienia muzycznych zakupów i uzupełnienia swojej płytoteki o kolejne tytuły, ale to też możliwość wymienienia się doświadczeniami z innymi kolekcjonerami. Przychodzą tu bowiem posiadacze olbrzymich zasobów płytowych, którzy budują je od dziesiątek lat. Z drugiej strony są i tacy, którzy swoją przygodę ze słuchaniem muzyki z nośników fizycznych dopiero zaczynają. I każdy czuje się tu dobrze! Zapraszamy!

autor: Mariusz Rodziewicz

Betrayer: 25 lat kultowej płyty „Calamity”. Death metalowe wspomnienia

25 lat temu ukazał się album „Calamity” death metalowego koszalińsko-słupskiego zespołu Betrayer. Z tej okazji w Mediatece zorganizowane zostało spotkanie z jego dwoma muzykami . Piotr Kuzioła i Maciej Krzysiek wspominali stare czasy.

fot. Radek Koleśnik

Betrayer to rzeczywista i prawdziwa legenda polskiego death metalu. Zespół, którego debiutancki album „Calamity” z 1994 roku ani odrobinę nie ustępował pozycjom Vadera oraz światowej czołówki przedstawicieli nurtu – cytatem z recenzji zamieszczonej we wrześniowym wydaniu pisma „Teraz Rock” rozpoczęło spotkanie w ramach cyklu „Z archiwum koszalińskiego rocka”. Zorganizował je blog GraMuzyka. Czy muzycy, którzy tworzyli album czują się takimi legendami?

– Szczerze mówiąc, ciężko powiedzieć. Zawsze byliśmy naturszczykami , którzy chcą grać i nie porównywaliśmy się w tamtym czasie z innymi, czy jesteśmy gorsi, czy lepsi od Vader, Armagedon. Graliśmy na tych samych scenach, byliśmy na podobnym poziomie – zaczął Piotr „Berial” Kuzioła, basista i wokalista Betrayera. – A czy sam materiał uważam za kultowy? Oczywiście, że tak. Nie będę jakoś fałszywie skromny. Poczynił krok milowy w historii polskiego death metalu.

Zespół narodził się pod koniec lat 80-tych w Słupsku. Później stał się słupsko-koszaliński, kiedy w 1991 roku dołączył do niego Piotr Kuzioła. – To było krótko po rozpadzie Slaughtera (death metalowy zespół z Koszalina – dop. aut.). Pojechałem na imprezę do Słupska, najpierw był koncert, potem jakaś prywatka – wspominał muzyk. Grał właśnie Betrayer. – Zespół wpadł mi w ucho. Nie grałem już kilka miesięcy, ciągnęło wilka do lasu i nawet pomyślałem wtedy, że z takimi chłopakami można by było coś stworzyć. Na imprezie po koncercie były także chłopaki z Betrayer. Jedno piwko, drugie, rozmowa. Okazało się, że poszukiwali kogoś, z kim mogliby pójść w nieco inne rejony muzyczne.

Uważali, że potrzebna jest zmiana stylu. W zespole nastąpił rozłam. – Dziś to brzmi jak anegdotka. „Molly” (Wojciech Moliński) i „Moris” (Mariusz Zieliński) uważali, że trzeba mocniej przygrzmocić, pójść w kierunku death metalu. A „Northon” (Maciej Maciejewski) mówił, że może powinniśmy pójść w stronę Pearl Jam. Zgodnie stwierdziliśmy, że disco nie będziemy grać.

Zespół nagle dotknęła tragedia. Mariusz „Moris” Zieliński popełnił samobójstwo. Wtedy właśnie do zespołu dołączył koszaliński gitarzysta Maciej „Ripper” Krzysiek. – To było jeszcze wtedy, kiedy się z Berialem niespecjalne lubiliśmy – przyznał gitarzysta. Z Maćkiem nie rozmawialiśmy ze dwa lata – wtrącił się Berial. Powód? W złej atmosferze rozpadł się zespół Slaughter. – Wiedziałem jednak, że Maciek ma głowę i dryg do tworzenia dobrych riffów. To zadecydowało, że schowałem dumę w kieszeń i poszedłem na to dziewiąte piętro, żeby z nim pogadać.

– Jakby co, nadal jestem ci wdzięczny – przerwał Maciej Krzysiek, dodając, że chyba wtedy nawet nie bardzo chciał dołączyć do Betrayera.

– Mówił, że nie ciągnie go do death metalu, ale… póki co, może pograć. Myślałem, że przekonam go do tego death metalu, bo „Calamity” kompozycyjnie to w dużej mierze jego płyta, za co – jeszcze raz – należą się brawa – ciągnął historię Kuzioła, który odpowiadał za wokal i teksty na albumie.

Próby grali najpierw w Słupsku, w tamtejszym domu kultury, potem muzycy ze Słupska przyjeżdżali do Koszalina. – Trudno jednak mówić, by nasze utwory powstawały w salach prób. Częściej to się działo w domu, przy piwku, a na salach prób było już szlifowanie tych pomysłów – wspominał Maciej Krzysiek. – Nie było warunków, by zamknąć się w sali na kilka godzin i tworzyć.

Muzycy bywali regularnie w Słupsku, gdzie dwa razy w tygodniu spotykali się z kolegami i grali. – Jeździliśmy pociągami, znaliśmy wszystkich konduktorów – przyznał Maciek Krzysiek. – A ile razy wracając do Koszalina zasnęliśmy i budziliśmy się o drugiej w nocy na bocznicy w Białogardzie, a na siódmą godzinę trzeba było już być w pracy…

Problem był także z instrumentami. – Dziś za 200 złotych w sklepie muzycznym kupisz lepszy instrument od tych, na których my wtedy graliśmy regularne koncerty – stwierdził Berial. – Grałem na przykład na pożyczonym basie, który mi się w pewnym momencie po prostu złamał w pół.

– Wtedy tworzyliśmy muzykę z samej potrzeby grania. Dzięki temu można było gdzieś pojechać, zagrać koncert, spotkać z się z nowymi ludźmi. Nie myśleliśmy o robieniu kariery – dodał Ripper. Sukces jednak przyszedł. Dlaczego? – Betrayer jeszcze przed moim dołączeniem uzyskał w podsumowaniu pisma „Thrash’em All” chyba 25. miejsce kiedy wydał demo „Forbidden Personality”, ale na sukces tego zespołu przełożyło się także dziedzictwo Slaughter, w którym obaj graliśmy, a który też już bardzo był popularnym zespołem. To się wszystko „dolajkowało” – przyznał Berial.

Album „Calamity” był nagrywany w profesjonalnym studiu, Modern Sound w Gdyni. Było to znane miejsce, gdzie nagrywały popularne wówczas zespoły. – Przewinął się tam wtedy m.in. Golden Life – wspominał Berial. A Maciej Krzysiek dodał: – Pracował z nami Tomek Bonarowski, który chyba nie do końca miał doświadczenie w realizacji tak mocnego grania. Później dołączył do nas Adaś Toczko.

Kiedy album pojawił się na rynku w 1994 roku, zrobił sporo zamieszania. Wielu fanów oszalało na punkcie agresywnej muzyki granej przez Betrayer. Nie tylko w Polsce, ale także zagranicą. Płyta miała świetne recenzje. Muzycy nie zdążyli się jednak tym sukcesem nacieszyć. – Płytę nagrywaliśmy w styczniu, wyszła chyba w kwietniu, a mówi się, że w sierpniu na Jarocinie zagraliśmy nasz ostatni koncert – opowiadał Berial. – O tym, że głośno było o „Calamity” na świecie, to dowiedziałem się po latach kilku. Zacząłem spotykać ludzi, którzy mówili, że widzieli ją w sklepach w Stanach Zjednoczonych albo w Niemczech.

Dziś, po 25 latach od premiery, album można ponownie kupić dzięki wytwórni Old School Metal Maniacs / Thrashing Madness. Pojawił się na rynku jubileuszowo w limitowanym nakładzie na CD i na winylu. – Nie zmienia to faktu, że ani w tamtych czasach, ani w tych nic z tego nie mamy – dodał Maciej Krzysiek. – Możemy uznać, że Betrayer to taka organizacja charytatywna, która miała dużo frajdy z grania.

Na koniec trzeba dodać, że Betrayer wrócił do życia. W 2012 roku Piotr Kuzioła wskrzesił zespół z nowymi muzykami z Kwidzyna. Nagrali i wydali już dwa albumy: „Infenrum In Terra” oraz „Scaregod”.

autor: Mariusz Rodziewicz

Mroku i jego płyta „Wypijmy za puenty”

W tekście najważniejsze jest zakończenie, puenta – z takiego założenia wyszedł koszaliński muzyk Mroku. W ten sposób powstała jego nowa płyta zatytułowana „Wypijmy za puenty”.

Mroku / fot. Piotr Lech

Skojarzenie utworem „Wypijmy za błędy” wykonywanym przez Ryszarda Rynkowskiego wydaje się oczywiste, jednak to dwa zupełnie inne muzyczne światy. Jarosław Mroczek, który kryje się za pseudonimem Mroku, to raper i producent muzyczny z ponad 20-letnim stażem. Pierwsze utwory pisał w 1997 roku, udzielał się w składach Bla-Bla i Dawne Dni, a w mijającym tygodniu premierę miał jego dziewiąty solowy album, który stworzył praktycznie sam.

– Po raz pierwszy wyprodukowałem cały album, choć w niektórych podkładach wspomógł mnie Mahyn, producent, z którym od lat tworzę – przyznaje Mroku. – Do tego odpowiadam za całość brzmienia, miks i mastering. To było wielkie wyzwanie i ciężka praca.

Niełatwe musiało być samo pisanie tekstów. Wiadomo bowiem, że Mroku na słowo zwraca szczególną uwagę, każda z jego ostatnich płyt ma ściśle określoną koncepcję, której raper się trzyma tworząc kolejne utwory. Tym razem tematem głównym okazała się pojawiająca się w tytule albumu puenta. Dlaczego to było dla niego takie ważne? – Zakończenia są istotne, twórczość powinna zaskakiwać – odpowiada Jarosław Mroczek. – Może nie każda puenta na tym albumie jest mocna i zmienia jego odbiór, niemniej starałem się w każdym, by utrzymać konwencję.

W internecie, na portalu YouTube pojawiły się już trzy utwory z premierowego albumu. To „Odwaga”, „W internecie piszą” i „Najważniejsza lekcja”. Szczególnie ten trzeci zrobił olbrzymie wrażenie na słuchaczach. Mroku opowiada w nim bowiem o swojej Mamie, która niedawno odeszła. Napisanie tak osobistego utworu musiało wymagać nie lada odwagi. – Nie wiem, czy to kwestia odwagi, czy potrzeby zrzucenia z siebie choć grama ciężaru – zastanawia się muzyk. – Nie ukrywam, że nie było łatwo go nagrać i stworzyć do niego klip. To był bardzo trudny rok dla mnie i moich bliskich. Nagła diagnoza – glejak mózgu IV stopnia zwaliła z nóg, Mama po półrocznej walce odeszła. Sam do końca jeszcze w to nie wierzę, stąd ten utwór, ale na pewno nie ostatni, na kolejne przyjdzie jeszcze czas.

Warto dodać, że do płyty „Wypijmy za puenty” dodawany jest także inny album Mroka – „Od sceny do sceny” z 2004 roku. – To w głównej mierze efekt próśb słuchaczy, bo album w wersji fizycznej był zrobiony w bardzo małym nakładzie, ok. 50 sztuk. Mimo, że od jego powstania minęło 16 lat, to nadal wydaje mi się ciekawą pozycją. Jest na nim kilka znakomitych utworów jak choćby „Plotka”, czy „Umrzemy młodo”, które równie dobrze mógłbym nagrać w tym roku i nadal świeżo by brzmiały – przyznaje Mroku.

Przypomnijmy, że koszaliński muzyk już po nagraniu swojego ostatniego albumu „BłęKITibiel” w 2016 roku zaczął wpominać, że bierze się za przygotowanie płyty, której tytuł miał brzmieć „Drobne zgrzyty”. Tymczasem do dziś się nie pojawił.

– Pracę nad tym albumem zacząłem bodajże w 2017 roku, miałem na niego konkretną wizję, ale niektóre z powstających utworów zaczęły od niej odbiegać. Tak powstał w 2018 roku album „Fantazja”, a następnie „Wypijmy za puenty”. Teraz powoli wracam do kontynuowania prac nad „Drobnymi zgrzytami”. Pół albumu mam nagrane, ale by go dokończyć czekam na przypływ weny. To trochę potrwa – zdradza swoje muzyczne plany Mroku.

autor: Mariusz Rodziewicz

25 lat od wydania death metalowej płyty „Calamity”. Koszalińscy muzycy Betrayera będą wspominać stare czasy

W czwartek 5 grudnia w Mediatece Koszalińskiej Biblioteki Publicznej zorganizowane zostanie 3. spotkanie „Z archiwum koszalińskiego rocka”. Poświęcone będzie zespołowi Betrayer i ich kultowej dziś płycie „Calamity”.

Betrayer

Ćwierć wieku temu muzycy z Koszalina, wspólnie z kolegami ze Słupska nagrali album, który do dziś jest uznawany przez fanów za klasykę polskiego death metalu. Mowa o „Calamity” zespołu Betrayer.


Najpierw był Slaughter

Ci koszalińscy muzycy to Piotr „Berial” Kuzioła, basista i wokalista zespołu oraz grający na gitarze Maciej Krzysiek, który wtedy przyjął pseudonim „Ripper”. Obaj – na przełomie lat 80-90 ubiegłego wieku grali wcześniej w koszalińskim zespole Slaughter, który po nagraniu demo „Into the Darkness” rozpadł się. Jak wspominał Berial, pewnego razu – w Słupsku – jego drogi przecięły się z muzykami Betrayera. Po rozmowach dołączył do nich, a z czasem ściągnął do zespołu starego kolegę, Maćka Krzyśka. To właśnie ten drugi stworzył wiele gitarowych riffów na „Calamity” (Kuzioła odpowiadał tam za teksty, bas i wokale, na drugiej gitarze zagrał Marcin „Ryju” Rojewski, a na perkusji – Wojciech „Molly” Moliński), który ukazał się na rynku w styczniu 1994 roku.

Album bardzo szybki, agresywny, brzmiał bardzo nowocześnie, jak albumy z Zachodu. Tak go wtedy oceniali fani, a i dziś jest uważany za jeden z najważniejszych krążków na rodzimej, i nie tylko, scenie death metalowej.

Nic więc dziwnego, że zespół był zapraszany na najważniejsze festiwale ekstremalnej muzyki grając u boku gwiazd z zagranicy. Niestety, zespół nie istniał długo, jeszcze w 1994 roku się rozpadł.

Historia zespołu na spotkaniu

Historię zespołu będzie można poznać w czwartek 5 grudnia w Mediatece Koszalińskiej Biblioteki Publicznej, gdzie o godz. 17 rozpocznie się 3. spotkanie „Z archiwum koszalińskiego rocka”. Gośćmi będą Piotr „Berial” Kuzioła oraz Maciej „Ripper” Krzysiek, którzy podzielą się z publicznością wspomnieniami związanymi z działalnością zespołu.

Specjalne wydanie płyty

Warto tu dodać, że specjalnie z okazji 25-lecia wydania albumu „Calamity” na rynku pojawiła się specjalna, limitowana jubileuszowa edycja tej płyty. Za jej wydaniem stoi Leszek Wojnicz-Sianożęcki z Krakowa, prowadzący wytwórnię Oldschool Metal Maniac / Thrashing Madness. W tym roku wydał już wcześniej „Necronomical Exmortis”, czyli demówkę Betrayera z 1991 roku. Natomiast 12 listopada premierę miała wspomniana już edycja „Calamity”. W 1994 roku pojawiła się w wersji kasetowej i na CD, teraz została wydana na CD i na winylu w aż trzech wersjach. Edycja „die hard” to srebrny winyl, do którego dodany został plakat zespołu oraz naszywka i lniana torba na winyl z grafiką inspirowaną oryginalną okładką płyty. Pozostałe dwie wersje to winyle w kolorze zielonym i czarnym. – Sam nie mam oryginału tej płyty – opowiadał w wywiadzie dla Głosu w 2018 roku Piotr Kuzioła. – Kiedyś pożyczyłem komuś „na chwilę” ostatnią sztukę i już nie wróciła. Reedycja jest jak najbardziej potrzebna choć osobiście najbardziej zainteresowany jestem zdobyciem oryginalnego krążka z pierwszego bicia.

Okazuje się, że wielu fanów czekało na to wznowienie, bo płyty schodzą jak świeże bułeczki, ale po spotkaniu będzie można je najprawdopodobniej kupić, a przy okazji wziąć autograf od muzyków.

autor: Mariusz Rodziewicz

Raperzy na scenie Comics Clubu. Koszalińska ekipa indahouse obchodzi 5-lecie istnienia. A ma co świętować!

indahouse facebook

Koszalińska ekipa indahouse obchodzi swoje 5. urodziny. Jak na raperów przystało, świętować je będą koncertowo. Zapraszają więc 23 listopada do Comics Clubu.

Jeśli chcecie mieć pewność, że będziecie razem z indahouse świętować ich jubileusz, to już dziś kupcie bilet na imprezę. Liczba wejściówek jest ograniczona. Szczegóły sprzedaży znajdziecie na profilu facebookowym indahouse oraz w stay.sklep.pl .

Fanom hip-hopu z Koszalina i regionu przedstawiać jej nie trzeba, bo jej reprezentanci coraz lepiej radzą sobie nie tylko na lokalnej scenie, ale warto opowiedzieć o jej początkach. – Indahouse powstało właściwie przypadkowo i zupełnie naturalnie – przyznaje Szymi Szyms, raper, jeden z filarów grupy. – W 2014 wydałem swój mixtape zatytułowany „In Da House” – w tamtym okresie wszystko robiłem sam, w swoim domowym studio. Grafiki i wszystko co związane z publikacją oraz promocją tego materiału również. Później zaczęliśmy grać jakieś supporty, czy mniejsze koncerty, prezentowałem na nich swój materiał razem z Wacarem oraz naszym DJem, Patrykiem. Mieliśmy takiego taga, którego Patryk prezentował w przerwie między numerami – „indahouse” wypowiedziane przez kobietę.

To określenie przylgnęło do nich. – Ludzie zaczęli nas po prostu nazywać indahouse’ami, a sama idea pracy w domowym zaciszu (czyli właśnie „in da house”, z języka angielskiego „w domu” – dop. aut.) zaczęła podobać mi się coraz bardziej.

Skład grupy zaczął się zwiększać w szybkim tempie. Nie odbywało się to jednak na zasadzie jakiegoś specjalnego klucza, wyszukiwania najlepszych kandydatów. – To była naturalna kolej rzeczy, żaden nabór – to jedno z haseł naszej ekipy – dodaje nasz rozmówca. – Jesteśmy właściwie bardziej ekipą kumpli, niż ekipą raperów. Ludzi, których łączy potężna zajawka i wspólne zainteresowania. Chociaż można powiedzieć że jesteśmy podziemnym mini-labelem, prowadzimy swój kanał YouTube i wydajemy swoją muzykę cyfrowo na wszystkich platformach streamingowych.

I tu od razu trzeba powiedzieć, że działają bardzo prężnie. Limitowany nakład płyty Szymiego Szymsa „STAYPE” wyprzedał się bardzo szybko, ku zdziwieniu samego rapera, a klip do utworu „Yakuza” nagranego wspólnie z innym członkiem indahouse, OsaKą, w ciągu czterech miesięcy odtwarzony został na YouTube ponad trzy miliony razy! Nowy utwór „Piri Piri” (także nagrany w duecie Szymi Szyms / OsaKa) ma szanse powtórzyć, a nawet przebić sukces „Yakuzy”. Trzy tygodnie po premierze licznik na YouTube wskazywał już ponad 900 tysięcy odtworzeń. Wpływ na to zapewne ma fakt, że Szymi Szyms w październiku wystąpił w katowickim Spodku na QueFestival, imprezie znanego rapera Quebonafide. – Wydaje mi się że to jest dopiero ułamek tego co możemy osiągnąć – mówi Szymi Szyms. – Przyszły rok przyniesie sporo zmian, jeszcze bardziej sprofesjonalizujemy nasze działania i z pewnością umocnimy pozycję Koszalina na rapowej mapie Polski. Moja solowa płyta przygotowywana jest we współpracy z jedną z największych wytwórni w Polsce, ukaże się w przyszłym roku.

Tymczasem zaprasza do Comics Clubu, gdzie wystąpią: Szymi Szyms, Dziuny, OsaKa, Rakos, Adrian Forest, a.Lee, a suportować ich będą Rzydu, TASK i Jakub Szmigiel oraz Tedoka i Nonvmes. – Szykujemy masę energii, dobrej muzyki i szalonego show. Będzie ogień, gwarantuję – kończy Szymi Szyms.

autor: Mariusz Rodziewicz

Płytowa Giełda GraMuzyka przeprowadza się do Koszalińskiej Biblioteki Publicznej. Winyle i płyty CD wśród książek

W ostatnią sobotę listopada kolekcjonerzy z całego niemal Pomorza zjadą się do Koszalina, by wziąć udział w 22. edycji Płytowej Giełdy GraMuzyka. Impreza odbędzie się w nowym miejscu.

fot. Mariusz Rodziewicz

Tym miejscem będzie Koszalińska Biblioteka Publiczna, w której od kwietnia w nowej odsłonie działa Mediateka, czyli miejsce, w którym można wypożyczyć płyty CD i winyle z bogatych zasobów instytucji.

Przeprowadzka za przeprowadzką

Jest to już kolejna „przeprowadzka” giełdy w tym roku. Impreza odbywała się bowiem w klubie Jazzburgercafe, ale po nagłym zamknięciu w sierpniu, giełda przeniosła się do Comics Clubu przy ul. Piłsudskiego. Teraz trafia w nową, przestronną przestrzeń i powinna zadomowić się w gościnnych progach biblioteki na dłużej, tym bardziej, że blog muzyczny GraMuzyka – organizator giełdy – współpracuje już z tą instytucją także przy organizacji spotkań „Z archiwum koszalińskiego rocka”. Do tej pory odbyły się dwa takie spotkania, a na grudzień planowane jest kolejne.

Tysiące winyli

Czego można się spodziewać po giełdzie? Stali bywalcy wiedzą już, że w wydarzeniu biorą udział kolekcjonerzy z Pomorza (przyjeżdżają m.in. ze Szczecina, Kołobrzegu, czy Trójmiasta), a także z Poznania, czy Warszawy i każdy na swoim stoisku ma setki winyli, a także płyty CD.

Każdorazowo na giełdzie, na kilkunastu stoiskach potrafi znaleźć się w sumie między 5 a 7 tysięcy płyt! A na nich niemal każdy gatunek muzyczny, od klasyki i jazzu, przez hip-hop, pop, reggae i elektronikę, po przeróżne odmiany rocka i metalu.

Dźwięki z podziemia

Każdy fan muzyki znajdzie tu zarówno klasyczne albumy swoich ulubionych wykonawców, a także zapozna się z zupełnie nowymi dźwiękami, ponieważ pojawiają się tu także nowości, w tym albumy wydawane przez niezależne, undergroundowe wytwórnie. Wśród nich jest kilka specjalizujących się w ekstremalnych gitarowych gatunkach, jak black i death metal, czy grind core. Na stoisku GraMuzyka można znaleźć płyty z takich wytwórni jak Selfmadegod Records, Godz Ov War, Deformeathing, Arachnophobia, Defense, Pagan Records, Mythrone Promotion. Wśród nich znaleźć można świetnie radzące sobie na scenie metalowej takie zespoły, jak Mentor, Entropia, Gruzja, Furia, Straight Hate, The Dead Goats, Ragehammer i inne.

Znakiem rozpoznawczym giełdy jest także możliwość zakupu płyt koszalińskich zespołów. Je także można znaleźć na stoisku GraMuzyka.

Przystępne ceny

Co ważne, by kupić choć kilka płyt, nie trzeba mieć portfela wypchanego pieniędzmi. Ceny na wielu stoiskach są bardzo przyzwoite, zaczynają się nawet od kilku złotych. Płytę CD, czy winyla można mieć już za 5 złotych! Wiele tytułów można kupić za 20-30 złotych, choć oczywiście są i droższe egzemplarze kosztujące powyżej 60, a nawet 100 złotych.

Zapraszamy więc zarówno tych, którzy w swoich domach mają już pokaźne kolekcje i chcą je uzupełnić o kolejne tytuły, jak i tych, którzy swoją przygodę z kolekcjonowaniem dopiero zaczynają. Można tu nie tylko kupić, sprzedać, wymienić się płytami, ale także wymienić doświadczeniami, porozmawiać z innymi o swojej pasji.

22. Płytowa Giełda GraMuzyka odbędzie się 30 listopada, w godz. 11-14. Wstęp jest bezpłatny.

Początki i rozwój Generacji w Koszalinie. Tak muzycy wspominają przeglądy muzyki rockowej

Rockowy festiwal z niemal 40-letnią tradycją był głównym bohaterem 2. spotkania „Z archiwum koszalińskiego rocka”, które w piątek zorganizowane zostało w Mediatece Koszalińskiej Biblioteki Publicznej.

Fot. Radek Koleśnik

Głód muzyki

Spotkanie rozpoczęło się od odczytania wspomnień Jacka Paprockiego, muzyka z Koszalina mieszkającego i pracującego obecnie w Warszawie, który organizował pierwszą Generację. W 1982 roku grał w zespole Slang, którego próby odbywały się Miejskim Ośrodku Kultury. – W związku z tym, że odszedł instruktor i nie można było korzystać z sali prób zaproponowałem dyrektorowi Tomaszewskiemu siebie na instruktora (miałem weryfikacje muzyczne). Zgodził się. Oczywiście chodziło mi tylko o próby Slangu, ale jak to już bywa, jako pracownik MOK musiałem robić też inne rzeczy – napisał. – Rok wcześniej ktoś chyba robił jakiś przegląd zespołów w MOK. Tak przynajmniej pamiętam. My, jak wszystkie młode zespoły, chcieliśmy gdzieś wystąpić więc udałem się z projektem rockowego przeglądu do Dyrekcji. Dyrekcja powiedziała, że mogę robić, ale nie dostanę na to ani grosza. Wymyślaliśmy z chłopakami nazwę – no bo jak przegląd bez nazwy, nazwa najważniejsza. Wygrała „Generacja”. Ludzi przyszło kilkaset, bardziej pod tysiąc niż pięćset – tak pamiętam. Dla nas organizatorów i występujących to był tłum. Taki był głód muzyki.

Słowa te potwierdził od razu Henryk Rogoziński, muzyk wielu koszalińskich kapel. – Zaczynałem z Innowacją, potem były Piekielne Wrota. Pamiętam, że faktycznie wtedy głód muzyki był wielki. Na pierwszych Generacjach grały przede wszystkim zespoły z Koszalina. Dużo ich było. To była wielka mobilizacja, muzycy się ze sobą mieszali i grali – opowiadał. – Było na przykład tak, że jeden basista mógł grać nawet w pięciu zespołach. Jedna grupa schodziła, druga wchodziła, a on zostawał na scenie, bo grał w obu.

Jak wspominali muzycy, na pierwsze Generacje wystarczyło się zgłosić, by zagrać na scenie amfiteatru. – Dochodziło nawet do kuriozalnych sytuacji, że zespoły zawiązywały się nawet w trakcie trwania festiwalu – stwierdził Krzysztof Kretkowski, basista wielu koszalińskich zespołów, np. z I.T.N.O.W? W 2000 roku zdobył pierwsze miejsce na przeglądzie. – Muzycy dogadywali się, coś tam na poczekaniu wymyślali, wchodzili na scenę i grali. A ludzi faktycznie było mnóstwo. Potrafiło być nawet pół amfiteatru.

Kolory dzięki muzyce

Andrzej Kotkowicz, basista zespołu Ten Dollars dodał, że wtedy ludzie przychodzili na każdy koncert muzyki rozrywkowej. Nieważne kto grał. – W radiu można było usłyszeć tylko Irenę Santor i tego typu wykonawców. To były takie trochę czarno-białe czasy, jak ówczesna telewizja. My graliśmy i chcieliśmy zdobyć ten kolor.

– Wydaje mi się, że genezą powstania Generacji były imprezy, organizowane były przez MOK raz, czy nawet dwa razy w roku – próbował przypomnieć sobie gitarzysta Jacek Czubak. – Pod koniec lat 70-tych grałem w zespole Błysk, występowaliśmy na takich imprezach i może gdzieś nawet mam dyplomy z tych przeglądów, bo jakieś drugie, czy trzecie miejsca tam zajmowaliśmy. Potem miałem przerwę przez wojsko i kiedy wróciłem to już organizowana była właśnie Generacja.

Jak można było przeczytać w Głosie Pomorza z 1984 roku (kopie kilku artykułów znalezionych w archiwach uczestnicy spotkania znaleźli na przygotowanych wcześniej kserokopiach) na „miejskim przeglądzie zespołów instrumentalnych i instrumentalno-wokalnych Generacja 84” zorganizowano także konkurs… tańca disco. – To tak zostało nazwane, ale z tego co pamiętam, to chodziło o break dance, który wtedy stawał się coraz bardziej popularny w dyskotekach – uzupełnił Henryk Rogoziński. I dodał: – Pamiętam też, że nie tylko zespoły rockowe wtedy na scenie występowały, ale też grupy wokalne, akustyczne. Ze Szczecinka chyba takie trzy przyjechały.

Dopiero w 1984, bądź 1985 roku do zgłoszenia należało dołączyć nagranie. Jacek Czubak współtworzył wtedy zespół Coda, z którym w koszalińskim przeglądzie wystartował w 1985 roku. – Pierwszego miejsca wówczas nie przyznano, a my zajęliśmy drugie miejsce, więc można powiedzieć, że wygraliśmy tę Generację – wspominał muzyk. – Nagrodą była wtedy sesja nagraniowa w Radiu Koszalin. Na pewno nie były to nagrody pieniężne.

Podczas spotkania można było usłyszeć fragment piosenki Cody pochodzącej z tej sesji. Zabrzmiał także utwór Piekielnych Wrót, który grał muzykę z pogranicza thrash i death metalu. Dźwięki te wywołały uśmiech na twarzach uczestników. – Problem z nami był taki, że organizatorzy nie bardzo chcieli, byśmy występowali na Generacji z naszą muzyką. Nie graliśmy w konkursie, występowaliśmy jako gość specjalny – wspominał Henryk Rogoziński. – Może dlatego, że za bardzo nie rozumiano tej muzyki, szczególnie przekaz tekstowy nie był zrozumiały – żartował Jacek Czubak. Co nie zmieniało faktu, że występy Piekielnych Wrót podobały się publiczności. – Ludzie przed sceną szaleli, nie pozwalali nam zejść ze sceny. Chcieli więcej – przypominał Henryk Rogoziński.

Tu od razu warto przypomnieć, że kiedy pod koniec lat 80-tych na Generacji wystąpił inny thrash / death metalowy zespół z Koszalina – Slaughter, jury uznało, że ze względu na niski poziom artystyczny nie przyznaje pierwszego miejsca. Inne „dziwne” werdykty jury? – Pamiętam taką Generację, mogło to być już na początku lat 2000… Tak, jak w latach 80-tych nie przyznano pierwszego miejsca, tak wtedy aż cztery zespoły to pierwsze miejsce otrzymały. Zaskoczenie było duże. Sam też byłem wśród laureatów z zespołem The Roll’m’ops. Przyznano też wtedy drugie, trzecie miejsce i kilka wyróżnień – przypomniał Daniel Burzyński, koszaliński muzyk, który brał udział w około 10 koszalińskich przeglądach z różnymi zespołami.

Cieć na scenie

W 1987 roku Jacek Czubak z kolegami wystąpił na Generacji z zespołem Ten Dollars. O tym występie wspominał basista grupy Andrzej Kotkowicz. – To był chyba nasz pierwszy występ. Pamiętam, że nasz wokalista, zwany Lulkiem napisał sobie na przedramieniu tekst piosenki. Mieliśmy też takiego członka zespołu, który na niczym nie grał, nie śpiewał, tylko pisał teksty i nas mobilizował. Wymyślił jednak, że też chce wziąć udział w koncercie. Nie powiedział nam tylko, co chce robić – opowiadał muzyk. – My zaczęliśmy grać, a on wyszedł w fartuchu sprzątacza, w bercie z antenką, z miotłą w ręku i zaczął sprzątać scenę.

Potem przyszedł czas na „wyliczankę”. Daniel Burzyński naliczył jedenaście kapel, w których grał. Z kilkoma oczywiście zaprezentował się na koszalińskim przeglądzie. Najbardziej zapamiętał chyba występ w 2001 roku z zespołem Kalosz Laszlo P.P. Grupa założona zaledwie kilka tygodni przed Generacją zaprezentowała „shit rocka”, czyli muzykę pod publiczkę (stąd skrót P.P. w nazwie) i zdobyła trzecie miejsce. – Musieliśmy zrobić duże wrażenie na dziennikarzu, bo więcej miejsca w swoim artykule poświęcił nam, niż zwycięskiej kapeli – zauważył koszaliński muzyk. Kapela założona „na chwilę”, na potrzeby właśnie Generacji istniała wiele lat, nagrała ponad 5 płyt i zagrała dziesiątki koncertów w różnych zakątkach Polski.

Z kolei Radek Czerwiński naliczył aż 15 zespołów. – A na Generacji grałem z zespołami: Kokaina, Big Dick, Iguana 24, Słońhce, Kaboom!, Demon Pazozoo – wyliczał. Z Kokainą grałem w 1992 roku i… udało się. Zajęliśmy pierwsze miejsce. Było to o tyle trudne, że występował wtedy także zespół Harvester, który w owym czasie techniką zabijał, wszystko w ich grze się zgadzało. W obroty wziął nas wtedy instruktor Jacek Czubak. A z Harvesterem pracował wtedy Jacek Barzycki.

Jacek Barzycki i… cała reszta

To nazwisko nie mogło nie pojawić się przy okazji wspomnień o Generacji. Ten koszaliński gitarzysta, znany przede wszystkim z zespołu Gdzie Cikwiaty, najpierw – w 1983 roku – brał udział w przeglądzie, krótko potem już go organizował i przez wiele lat zasiadał w jury. – Trzeba powiedzieć, że Jacek Barzycki w jury był zawsze, a oprócz niego jacyś dziennikarze, muzycy się przewijali przez skład – stwierdził Daniel Burzyński, a przyklasnęli mu pozostali uczestnicy spotkania. W składzie jury pojawiali się też m.in. Przemysław Mroczek z Radia Koszalin, Piotr Kobalczyk z Ten Dollars, czy Waldemar Miszczor z Mr. Zoob. – Kiedyś jeden z jurorów przyszedł do nas i powiedział, że zespół nie zostanie dopuszczony do konkursu z powodu alkoholizmu – zaśmiał się Henryk Rogoziński na to wspomnienie. – Ostatecznie zagraliśmy poza konkursem. Perkusistę wcisnęliśmy za zestaw i mieliśmy zagrać cztery utwory. A on, pijany, nie przestawał grać i dzięki niemu zaprezentowaliśmy osiem kawałków.

Generacja już nie lokalna

Do 2004 roku Generacja miała przede wszystkim charakter lokalny. – Grały przede wszystkim zespoły z Koszalina i okolic, zdarzały się przypadki, kiedy przyjeżdżały zespoły z dalszych części województwa – wspominał Radek Czerwiński. W tym roku jednak to się zmieniło. Pojawił się wtedy m.in. zespół Milczenie Owiec z Trójmiasta.

Ola Wysocka, która także na potrzeby spotkania spisała swoje wrażenia w ten sposób wspomina ten przegląd: – Koszaliński festiwal był dobrze znany trójmiejskiej scenie undergroundowej, także zakwalifikowanie się do przeglądu odebrałam bardzo pozytywnie. Wydarzenie też promował portal Independent, moje ówczesne główne źródło informacji o eventach. Impreza rozpoczynała się dosyć wcześnie, bo już o godzinie 11. Z tego co pamiętam, z moim „szczęściem” do losowania kolejności występów, na dechy weszliśmy w samo południe. Nie oszukujmy się, tłumów na ten moment w klubie Zacisze nie było. Byli za to muzycy, z którymi nasze drogi często się gdzieś w trasie krzyżowały. Zaskoczyłam się na plus, że organizatorzy postanowili urozmaicić line-up zapraszając do konkursu kapelę z zagranicy – i takim to sposobem pojawił się projekt z Mińska. To dodało „egzotyki” i urozmaiciło program nadając mu bądź co bądź międzynarodowego charakteru. Motywująca też na tamten moment była wysokość nagrody głównej, 2000 zł – na nagranie demo w studio już starczyłoby.

Ten przegląd wygrał jednak Orange the Juice ze Stalowej Woli. Oni, jak się okazuje także bardzo dobrze wspominają koszaliński festiwal, o czym opowiedział koszaliński muzyk Remigiusz „Mickey” Błaszków. – Trafiłem kiedyś na wywiad z nimi. Oni brali udział w bardzo dużej liczbie przeróżnych festiwali i przeglądów. Kiedy dziennikarz zapytał ich o ten wątek, stwierdzili, że szczególnie pamiętają trzy festiwale, które były świetnie przygotowane. Wśród tych trzech wymienili właśnie Koszalin – opowiadał muzyk, który – jak sam stwierdził – przy różnych Generacjach zajmował się niemal wszystkim. Odsłuchiwał np. utwory zespołów, które zgłosiły się do przeglądu i typował, które powinny zaprezentować się na żywo przed jury w Koszalinie. – Pierwszy raz był właśnie w 2004 roku. Byłem dość młodym muzykiem na dorobku i kiedy dostałem propozycję od Jacka Paprockiego (był wtedy dyrektorem MOK), to było to dla mnie duże wyróżnienie. Aż tu nagle przychodzi pakiet empetrójek. Przy pierwszych dziesięciu zespołach jest fajnie. Przy 40. zaczynasz się drapać po głowie, co tu zrobić, bo czeka jeszcze około 60 zespołów do odsłuchania. Jest to trudna robota, nie ukrywam.

Trampolina do kariery

W samych superlatywach o Generacji wypowiadają się również muzycy Calm Hatchery, którzy wygrali ten festiwal w 2010 roku – jubileuszową, 30. edycję. Gwiazdą był wtedy Vader oraz Napalm Death i to właśnie wizja występu przed takimi zespołami spowodowała, że death metalowcy ze Słupska postanowili spróbować swoich sił w Koszalinie. – W jury siedział Karol z Selfmadegod Records, któremu koncert na tyle się spodobał, że po kilku miesiącach wydał naszą drugą płytę – wspomina Marcin Szczepański, wokalista Calm Hatchery. – Uważam, że festiwal Generacja umożliwił nam mega start. Sam fakt tego, że następnego dnia po wygranym przeglądzie mamy zagrać koncert życia już był dla nas totalnie elektryzujący, a fakt zdobycia nagrody został przyćmiony Napalmem. Organizacja drugiego dnia (koncert w amfiteatrze) przerosła mnie totalnie, to był mój i nasz pierwszy tak duży i profesjonalnie zorganizowany koncert dla tak dużej publiczności. Od tego czasu wszystko zaczęło narastać i jestem przekonany, że festiwal był dla nas punktem zwrotnym. Później zaczęliśmy już grać sporo koncertów, tras i jakoś ten death metalowy wózek zaczął się kulać.

A jak Generacja wygląda obecnie? W tym roku do Generacji zgłosiło się około 30 zespołów. Przesłuchania odbędą się 23 listopada (z gwiazdą w postaci Natalii Sikory) – nagroda to 6 tysięcy złotych, a 24 listopada koncert Tides From Nebula (suport: Rosk). – Kto przyjedzie to się okaże już wkrótce – stwierdził Radek Czerwiński, który tym razem wypowiedział się jako pracownik Centrum Kultury 105, które jest organizatorem imprezy. – Przyznam, że w ostatnich latach zgłaszają się zespoły z Warszawy, z Poznania, z Trójmiasta i innych miast. Zdarza się jednak, że zespoły zostają zakwalifikowane, ale okazuje się, że jednak nie chcą przyjechać, by zaprezentować się w Koszalinie.

Na to odezwał się Marek Kaleta, perkusista m.in. zespołów Coda, Błysk, Zamach Stanu. – To jest zupełnie inne pokolenie muzyków. Nie przyjeżdżają na koncerty? Odwołują? Dla mnie muzyka wtedy to było całe życie. Cały czas o tym myślałem. Spałem i śniła mi się perkusja. W szkole w zeszytach wszędzie rysowałem bębny, talerze. Koncert to było święto! Dla publiczności grało się całym sercem. Dziś tego serca w zespołach mniej widzę – opowiadał.

Za rok 40. edycja

Za rok okrągła, 40. edycja Generacji. Centrum Kultury 105 – jak powiedział na spotkaniu Radek Czerwiński – zamierza uczcić ten jubileusz.

autor: Mariusz Rodziewicz

P.S. Za pomoc w organizacji 2. spotkania „Z archiwum koszalińskiego rocka” serdecznie dziękuję pracownikom Koszalińskiej Biblioteki Publicznej, a w szczególności Małgorzacie Weiss i Katarzynie Bieleckiej z Mediateki. Plakaty i część wycinków prasowych, które zamieszczone zostały w tym artykule zostały odkopane dzięki ich mrówczej pracy.

Koncert w Koszalinie. indafe5tival – 5. lat ekipy indahouse

23 listopada 2019 r. w koszalińskim klubie Comics Club zorganizowany koncert, którego nie może ominąć żaden miłośnik hip-hopu. Pięciolecie obchodzić będzie koszalińska ekipa indahouse.

Fanom rapu tego koszalińskiego kolektywu nie trzeba specjalnie przedstawiać. Na jej czele stoi Szymi Szyms, młody utalentowany raper, którego ostatni album „STAYPE” jest już rarytasem poszukiwanym przez fanów tego gatunku. Limitowany nakład tej płyty rozszedł się bowiem bardzo szybko.

Płyty w ramach indahouse wydali już także OsaKa, Dziuny i Rakos. Oni – oczywiście wraz z Szymi Szymsem – wystąpią w Comics Clubie. Na scenie pojawią się także kolejni reprezentanci: Adrian Forest i a.Lee.

Jako suport wystąpią:

Rzydu x TASK x Jakub Szmigiel
Tedoka x Nonvmes

Ruszyła już przedsprzedaż biletów na tę imprezę. W cenie 25 złotych można je kupić na stronie https://stay.sklep.pl/produkt/indafe5tival-w-koszalinie-bilet-wstepu/

UWAGA! Liczba wejściówek jest ograniczona!

autor: Mariusz Rodziewicz

Początki przeglądu Generacja: Posłuchaj wspomnień muzyków podczas 2. spotkania „Z archiwum koszalińskiego rocka”

Przez niemal 40 lat istnienia przeglądu Generacja przewinęły się dziesiątki, jeśli nie setki zespołów rockowych i metalowych. W piątek o godz. 17 w Koszalińskiej Bibliotece Publicznej będzie można poznać historię tej imprezy.

O Generacji opowiadać będą muzycy, którzy w różnych latach uczestniczyli w tym przeglądzie.

Muzycy będą wspominać

Wśród zaproszonych gości jest m.in. koszaliński gitarzysta Jacek Czubak, który w latach 80-tych z sukcesami startował w Generacji z zespołem Coda. Po raz kolejny wystąpił w 2007 roku z grupą 100 Gram. W tym samym zespole grał również Kuba Grabski, który swoją muzyczną karierę w Koszalinie rozpoczynał w grupie Błysk (także z Jackiem Czubakiem), a później grał m.in. w Mr. Zoob.

Pojawi się także prawdziwy stały bywalec przeglądu, czyli Daniel „Buli” Burzyński, który z różnymi zespołami startował w imprezie około 10 razy.

Jako muzyk, a także juror w wielu Generacjach uczestniczył także Radek Czerwiński, który dziś jako pracownik Centrum Kultury 105 odpowiada za organizację festiwali. Obecność zapowiedział także Henryk Rogoziński, który swoją przygodę muzyczną zaczynał w latach 80. w zespołach Piekielne Wrota, czy później The Nameless, a dziś gra w zespole Bacteryazz.

Na spotkanie mają wpaść także inni koszalińscy muzycy, a także fani rocka i metalu, z którymi uda się opowiedzieć barwą historię tego przeglądu z niemal 40-letnią tradycją (w tym roku odbędzie się 39. edycja imprezy).

Najpierw grał region

W pierwszych latach był to przegląd skierowany przede wszystkim do zespołów rockowych z Koszalina i okolic. Jeszcze w pierwszej połowie lat 90. wśród uczestników były przede wszystkim składy z terenu województwa koszalińskiego. Z archiwów, do których udało nam się dotrzeć, wynika, że jeszcze w 1994 zespoły walczące o pierwsze miejsce w tym konkursie, miały możliwość otrzymania nagrody pieniężnej w wysokości… trzech milionów złotych! Natomiast wstęp na koncert kosztował 10.000 złotych. Już rok później, po denominacji złotego, w prasie można było przeczytać, że zwycięski zespół z Generacji 94 otrzymał… 300 złotych.

Natomiast w 1996 roku w przeglądzie, który ciągle w nazwie miał słowo „rockowy”, udział wziął rapowy skład Dżastem Dżułysz z Koszalina, który przekonał jury swoim występem na tyle, że przyznano im drugie miejsce.

XXI wiek przyniósł kolejne zmiany dla koszaliskiej Generacji. Choć już wcześniej zaczęły zgłaszać się do niego zespoły nie tylko z regionu koszalińskiego, ale i z różnych części kraju powodując, że Generacja stała się ogólnopolska, to po wejściu Polski do Unii Europejskiej można było mówić o niej jako imprezie międzynarodowej. W 2007 w Koszalinie zorganizowany został Polsko-Niemiecki Festiwal Rockowy Generacja. Gwiazdą wtedy był zespół Acid Drinkers.

Muzyczne gwiazdy

Tu trzeba dodać, że nie od razu na imprezę były zapraszane muzyczne gwiazdy z Polski. Początkowo przegląd ograniczał się raczej tylko do występów lokalnych zespołów, później w roli gwiazdy występowali np. zwycięzcy poprzednich edycji, bądź zespoły z Koszalina, które zdobywały ogólnopolski rozgłos (np. Gdzie Cikwiaty). Później fani rocka i metalu z Koszalina mieli okazję zobaczyć na żywo najbardziej popularne zespoły z Polski, a podczas 30. edycji zagrał brytyjski Napalm Death.

autor: Mariusz Rodziewicz