platforma blogowa portalu głos koszaliński

Betrayer: 25 lat kultowej płyty „Calamity”. Death metalowe wspomnienia

25 lat temu ukazał się album „Calamity” death metalowego koszalińsko-słupskiego zespołu Betrayer. Z tej okazji w Mediatece zorganizowane zostało spotkanie z jego dwoma muzykami . Piotr Kuzioła i Maciej Krzysiek wspominali stare czasy.

fot. Radek Koleśnik

Betrayer to rzeczywista i prawdziwa legenda polskiego death metalu. Zespół, którego debiutancki album „Calamity” z 1994 roku ani odrobinę nie ustępował pozycjom Vadera oraz światowej czołówki przedstawicieli nurtu – cytatem z recenzji zamieszczonej we wrześniowym wydaniu pisma „Teraz Rock” rozpoczęło spotkanie w ramach cyklu „Z archiwum koszalińskiego rocka”. Zorganizował je blog GraMuzyka. Czy muzycy, którzy tworzyli album czują się takimi legendami?

– Szczerze mówiąc, ciężko powiedzieć. Zawsze byliśmy naturszczykami , którzy chcą grać i nie porównywaliśmy się w tamtym czasie z innymi, czy jesteśmy gorsi, czy lepsi od Vader, Armagedon. Graliśmy na tych samych scenach, byliśmy na podobnym poziomie – zaczął Piotr „Berial” Kuzioła, basista i wokalista Betrayera. – A czy sam materiał uważam za kultowy? Oczywiście, że tak. Nie będę jakoś fałszywie skromny. Poczynił krok milowy w historii polskiego death metalu.

Zespół narodził się pod koniec lat 80-tych w Słupsku. Później stał się słupsko-koszaliński, kiedy w 1991 roku dołączył do niego Piotr Kuzioła. – To było krótko po rozpadzie Slaughtera (death metalowy zespół z Koszalina – dop. aut.). Pojechałem na imprezę do Słupska, najpierw był koncert, potem jakaś prywatka – wspominał muzyk. Grał właśnie Betrayer. – Zespół wpadł mi w ucho. Nie grałem już kilka miesięcy, ciągnęło wilka do lasu i nawet pomyślałem wtedy, że z takimi chłopakami można by było coś stworzyć. Na imprezie po koncercie były także chłopaki z Betrayer. Jedno piwko, drugie, rozmowa. Okazało się, że poszukiwali kogoś, z kim mogliby pójść w nieco inne rejony muzyczne.

Uważali, że potrzebna jest zmiana stylu. W zespole nastąpił rozłam. – Dziś to brzmi jak anegdotka. „Molly” (Wojciech Moliński) i „Moris” (Mariusz Zieliński) uważali, że trzeba mocniej przygrzmocić, pójść w kierunku death metalu. A „Northon” (Maciej Maciejewski) mówił, że może powinniśmy pójść w stronę Pearl Jam. Zgodnie stwierdziliśmy, że disco nie będziemy grać.

Zespół nagle dotknęła tragedia. Mariusz „Moris” Zieliński popełnił samobójstwo. Wtedy właśnie do zespołu dołączył koszaliński gitarzysta Maciej „Ripper” Krzysiek. – To było jeszcze wtedy, kiedy się z Berialem niespecjalne lubiliśmy – przyznał gitarzysta. Z Maćkiem nie rozmawialiśmy ze dwa lata – wtrącił się Berial. Powód? W złej atmosferze rozpadł się zespół Slaughter. – Wiedziałem jednak, że Maciek ma głowę i dryg do tworzenia dobrych riffów. To zadecydowało, że schowałem dumę w kieszeń i poszedłem na to dziewiąte piętro, żeby z nim pogadać.

– Jakby co, nadal jestem ci wdzięczny – przerwał Maciej Krzysiek, dodając, że chyba wtedy nawet nie bardzo chciał dołączyć do Betrayera.

– Mówił, że nie ciągnie go do death metalu, ale… póki co, może pograć. Myślałem, że przekonam go do tego death metalu, bo „Calamity” kompozycyjnie to w dużej mierze jego płyta, za co – jeszcze raz – należą się brawa – ciągnął historię Kuzioła, który odpowiadał za wokal i teksty na albumie.

Próby grali najpierw w Słupsku, w tamtejszym domu kultury, potem muzycy ze Słupska przyjeżdżali do Koszalina. – Trudno jednak mówić, by nasze utwory powstawały w salach prób. Częściej to się działo w domu, przy piwku, a na salach prób było już szlifowanie tych pomysłów – wspominał Maciej Krzysiek. – Nie było warunków, by zamknąć się w sali na kilka godzin i tworzyć.

Muzycy bywali regularnie w Słupsku, gdzie dwa razy w tygodniu spotykali się z kolegami i grali. – Jeździliśmy pociągami, znaliśmy wszystkich konduktorów – przyznał Maciek Krzysiek. – A ile razy wracając do Koszalina zasnęliśmy i budziliśmy się o drugiej w nocy na bocznicy w Białogardzie, a na siódmą godzinę trzeba było już być w pracy…

Problem był także z instrumentami. – Dziś za 200 złotych w sklepie muzycznym kupisz lepszy instrument od tych, na których my wtedy graliśmy regularne koncerty – stwierdził Berial. – Grałem na przykład na pożyczonym basie, który mi się w pewnym momencie po prostu złamał w pół.

– Wtedy tworzyliśmy muzykę z samej potrzeby grania. Dzięki temu można było gdzieś pojechać, zagrać koncert, spotkać z się z nowymi ludźmi. Nie myśleliśmy o robieniu kariery – dodał Ripper. Sukces jednak przyszedł. Dlaczego? – Betrayer jeszcze przed moim dołączeniem uzyskał w podsumowaniu pisma „Thrash’em All” chyba 25. miejsce kiedy wydał demo „Forbidden Personality”, ale na sukces tego zespołu przełożyło się także dziedzictwo Slaughter, w którym obaj graliśmy, a który też już bardzo był popularnym zespołem. To się wszystko „dolajkowało” – przyznał Berial.

Album „Calamity” był nagrywany w profesjonalnym studiu, Modern Sound w Gdyni. Było to znane miejsce, gdzie nagrywały popularne wówczas zespoły. – Przewinął się tam wtedy m.in. Golden Life – wspominał Berial. A Maciej Krzysiek dodał: – Pracował z nami Tomek Bonarowski, który chyba nie do końca miał doświadczenie w realizacji tak mocnego grania. Później dołączył do nas Adaś Toczko.

Kiedy album pojawił się na rynku w 1994 roku, zrobił sporo zamieszania. Wielu fanów oszalało na punkcie agresywnej muzyki granej przez Betrayer. Nie tylko w Polsce, ale także zagranicą. Płyta miała świetne recenzje. Muzycy nie zdążyli się jednak tym sukcesem nacieszyć. – Płytę nagrywaliśmy w styczniu, wyszła chyba w kwietniu, a mówi się, że w sierpniu na Jarocinie zagraliśmy nasz ostatni koncert – opowiadał Berial. – O tym, że głośno było o „Calamity” na świecie, to dowiedziałem się po latach kilku. Zacząłem spotykać ludzi, którzy mówili, że widzieli ją w sklepach w Stanach Zjednoczonych albo w Niemczech.

Dziś, po 25 latach od premiery, album można ponownie kupić dzięki wytwórni Old School Metal Maniacs / Thrashing Madness. Pojawił się na rynku jubileuszowo w limitowanym nakładzie na CD i na winylu. – Nie zmienia to faktu, że ani w tamtych czasach, ani w tych nic z tego nie mamy – dodał Maciej Krzysiek. – Możemy uznać, że Betrayer to taka organizacja charytatywna, która miała dużo frajdy z grania.

Na koniec trzeba dodać, że Betrayer wrócił do życia. W 2012 roku Piotr Kuzioła wskrzesił zespół z nowymi muzykami z Kwidzyna. Nagrali i wydali już dwa albumy: „Infenrum In Terra” oraz „Scaregod”.

autor: Mariusz Rodziewicz

Komentowanie wpisu jest wyłączone.