platforma blogowa portalu głos koszaliński

Kamil Piotrowicz: Chcę być sobą, po prostu sobą [wywiad]

Z Kamilem Piotrowiczem, utalentowanym pianistą jazzowym z Koszalina rozmawiam m.in. o nowej płycie „Product Placement”, którą nagrał wraz ze swoim zespołem Kamil Piotrowicz Sextet. 

Kamil Piotrowicz / fot. Mariusz Rodziewicz

– Zanim zapytam o Twoją najnowszą płytę, zacznę od złożenia gratulacji w związku z otrzymaniem nagrody marszałka województwa zachodniopomorskiego „Pro Arte”. Jesteś jednym z czterech laureatów. To wyróżnienie cieszy?

– Bardzo cieszy i tu od razu dziękuję pięknie, że mnie do niej zgłosiliście. To dzięki Głosowi Koszalińskiemu udało mi się ją zdobyć.

– To już nie pierwszy raz doceniamy, zauważamy Twoje dokonania, bo niemal dwa lata temu zgłosiliśmy Twoją kandydaturę do nagrody prezydenta Koszalina w dziedzinie kultury.

– Dzięki i za to. Te nagrody cieszą, a szczególnie ta najnowsza „Pro Arte”, bo znalazłem się w zacnym gronie laureatów. Otrzymali ją ludzie dużo starsi ode mnie. Fakt, że kapituła mnie doceniła i przyznała tę nagrodę było dla mnie czymś naprawdę ważnym. Przyznam, że kiedy już tam byłem to nie spodziewałem się, że aż tak mnie to ruszy. A ruszyło.

Każda nagroda sprzyja i pomaga w rozwoju, natomiast kiedy dwa lata temu nagrodę w Gdańsku, a potem w Koszalinie to tego nie czułem tak, jak teraz. Wydaje mi się, że to dlatego, że znalazłem się w tak wąskim gronie i to Bogdanem Narlochem z Koszalina, który jest nauczycielem w szkole muzycznej. Pamiętam go od małego dzieciaka, kiedy chodziłem na lekcje to już tam był, a teraz odbieram nagrodę w Szczecinie i razem z nim znajduję się w gronie laureatów.

– Taka nagroda to pewno prestiż, powód do zadowolenia, ale też – nie ukrywajmy – zastrzyk pieniędzy dla młodego muzyka. Co dzięki takim pieniądzom możesz zrobić?

– Na przykład wydać płytę. Przyznawane nagrody, stypendia artystyczne w niezwykły sposób wspierają muzyków. Sam fakt, że sekstet powstał w jakimś stopniu zawdzięczam marszałkowi województwa zachodniopomorskiego, od którego mój zespół dostał stypendium na wydanie poprzedniej płyty.

Pamiętam sytuację, i o niej wspominałem podczas odbierania „Pro Arte” w październiku, w której mówię do kolegów muzyków: dobra, Panowie, złożyłem wniosek. Jeżeli dostaniemy pieniądze, to nagrywamy. Będziemy mogli opłacić studio i inne niezbędne rzeczy, a jeżeli nie – to nie. I dostaliśmy je, nagraliśmy „Popular music”, która była nominowana do Fryderyków, została doceniona przez dziennikarzy i słuchaczy, więc gdyby nie to wsparcie kulturalne to prawdopodobnie byśmy tego albumu nie stworzyli. Nie byłoby tego zespołu, tych wszystkich koncertów, to wszystko by się nie wydarzyło. To samo jest z tą nagrodą. Inwestuję ją w dalszy rozwój.

– „Popular music” faktycznie odbiła się szerokim echem na jazzowej scenie muzycznej. Byłem bardzo dumny, kiedy czytałem te wszystkie recenzje, opinie, że to jedna z najciekawszych płyt jazzowych roku. Wielu widzi w Tobie nadzieję młodego polskiego jazzu. Jesteś wymieniany obok takich postaci jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, którzy kiedyś tworzyli polską scenę, a teraz może taką postacią będzie Kamil Piotrowicz. Jak się z tym czujesz?

– Wszystkie te porównania są bardzo miłe, ale to też zobowiązuje. Trzeba z dystansem odnosić się do tego, mieć chłodną głowę i pracować, bo bez pracy nic się nie osiągnie. Potrzebna jest konsekwencja w ćwiczeniu gry, rozwoju kompozycji, wyobraźni i inwestycji w ten rozwój.

– Jeszcze jedno porównanie się pojawia, szczególnie wśród mieszkańców Koszalina, miłośników jazzu. Widzą w Tobie drugiego Marcina Wasilewskiego, który jest dumą naszego miasta.

– Marcin oczywiście jest ważną postacią, podobnie jak Sławek Kurkiewicz, który gra z nim w zespole. Właśnie na takie postaci w okresie gimnazjalnym, licealnym patrzyło się z podziwem. W końcu oni byli z tej szkoły. Natomiast mój kierunek w jazzie w porównaniu z Marcinem to inny świat. To uznany artysta, nagrał wiele płyt dla kultowej wytwórni ECM, współpracował z Tomaszem Stańko. Moja droga jest trochę inna.

– To dlatego przy okazji tego porównania wspomniałeś mi kiedyś, że wolałbyś być pierwszym Kamilem Piotrowiczem, niż drugim Marcinem?

– To na pewno i tego życzę każdemu w swoim działaniu, by przede wszystkim był sobą, by patrzył na swój indywidualizm. Słuchać swojego wewnętrznego głosu, który nim kieruje, nie patrząc na boki i nie starając się porównywać do innych. Dla mnie to jest ważne i chyba dlatego tak powiedziałem. Nie z przekory. Chcę być sobą, po prostu sobą.

– Na swojej najnowszej płycie „Product placement” jest sobą?

– Wydaje mi się, że w jakimś stopniu to się udało. Muzykom, i mi również, trudno jednak mówić o swojej muzyce. To już słuchacz musi ocenić, czy słyszy tu jakąś dozę indywidualności.

– Współpracujesz ze świetnymi muzykami. Emil Miszk, Kuba Więcek to muzycy, którzy też już nagrywają płyty i też są bardzo chwaleni. O nich także mówi się jak o nadziei młodego jazzu.

– To są moi przyjaciele, kocham ten zespół. Skład faktycznie jest zacny, świetna ekipa ludzi i wszyscy są znakomitymi muzykami, którzy mają już duże doświadczenie. Szczególnie Andrzej Święs i Krzysztof Szmańda. No i oczywiście Emil, Kuba i Piotr Chęcki, młode pokolenie jazzu. Każdy z nas idzie swoją drogą i każdy jest doceniany, więc to jest wartość zespołu.

– Już wkrótce będzie można posłuchać Ciebie w Koszalinie na żywo.

– Tak, w środę 21 listopada o godz. 19 w Radiu Koszalin. Zapraszam serdecznie na ten koncert.

– Czy wersja koncertowa „Product placement” mocno różni się od tej zawartej na płycie?

– Ciekawe pytanie. Jeżeli chodzi o materiał z „Popular music” to wersja live znacznie się różni od tej nagranej na albumie. W przypadku tego nowego materiału zagraliśmy dopiero pierwszy koncert podczas otwarcia festiwalu Jazz Jantar w klubie Żak w Gdańsku. Już dzisiaj podszedłbym inaczej do skonstruowania całego materiału. Płyta to zupełnie coś innego, specyficzny rodzaj prezentowania muzyki. Koncert jest bardziej intuicyjny, więc im dłużej będziemy grać te utwory, tym bardziej będą się różniły do zapisu z krążka.

– Ciągle krążysz między Koszalinem, Kopenhagą, Warszawą, a Gdańskiem. Często bywasz w rodzinnym mieście?

– Ostatnio w Koszalinie bywałem dość często, natomiast nie ukrywam, że większość spraw muzycznych, artystycznych odbywa się poza tym miastem. Głównie w Warszawie i Gdańsku. W Kopenhadze również.

– Ale masz jeszcze czas, by wpaść do Koszalina z koncertem. Dzień po występie w Radiu Koszalin odwiedzisz progi szkoły muzycznej. Jak wspominasz okres nauki w tej szkole?

– Spędziłem tam 12 lat. Cały mój rozwój od siódmego, do osiemnastego roku życia jest związany z tą szkołą. Mam w związku z tym masę przedziwnych uczuć i szczerze mówiąc trochę boję się skonfrontować ze szkołą. No, może nie boję, to złe słowo. Każdy z nas chyba pamięta jak chodził do szkoły, jaki się miało stosunek do tego, ale ogólnie wspominam ją dobrze.

– Wrócę jeszcze do Marcina Wasilewskiego. Kiedy kilka lat temu podczas Hanza Jazz Festival odbierał nagrodę od prezydenta Koszalina, Piotr Jedliński mówił o nim z dumą, jako absolwencie naszej szkoły muzycznej, w której uczył się gry. Marcin Wasilewski wtedy stwierdził, że faktycznie w niej się uczył, ale nie jazzu. Ciebie pewnie też nie, więc skąd ta droga?

– Faktycznie nikt nie uczył mnie tam ani jazzu, ani kompozycji, nie kierunkował w tę stronę. To jednak temat na dłuższą rozmowę, bo to wynika też z systemu edukacji, w którym funkcjonujemy. Szczególnie szkolnictwa muzycznego, który jest kompletnie inny w Danii. Kiedy go dotknąłem, byłem zafascynowany. Tam jest ogromna miłość do muzyki, którą wpaja się od dziecka. Oparta może nie tyle na zabawie, ale właśnie na miłości, a nie na tym, że musimy siedzieć, grać muzykę klasyczną, kiedy mamy predyspozycje do tego, żeby stać się zupełnie kimś innym. U mnie to wyszło zupełnie spontanicznie. Jestem pewien, że gdybym podążył w innym kierunku…

– … na przykład metalowym?

 – O to chodzi. Jeżeli kogoś interesuje muzyka rockowa, alternatywna, czy metalowa to powinien mieć możliwość rozwoju również w tym kierunku w kompletnej akceptacji. Dlatego uważam, że szkoła muzyczna powinna mieć to na uwadze i wspierać takie inicjatywy, a nie tylko zamykać w kreślonych ramach. Natomiast oczywiście jest to profil muzyki klasycznej, więc tu też nie ma co dyskutować.

– Sprawdziłeś  też system edukacji w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku.

– Ten wyjazd to także efekt studiów w Danii. Wyobraź sobie sytuację, w której podczas trzeciego semestru musisz wyjechać zagranicę i wziąć 19 lekcji z kimkolwiek chcesz na świecie. Dostajesz na to pieniądze i jedziesz. To jest niesamowite.

– Muzyczne wątki z Nowego Jorku pojawiły się także na płycie?

– Tak, skomponowałem tam poszczególne motywy, które można usłyszeć m.in. w kompozycjach „Intentions”, „Lucid Dreaming III”.

– To będziemy łowić te nowojorskie dźwięki podczas koncertu w Radiu Koszalin. Zapraszamy.

– Zapraszam i dziękuję za rozmowę.

 

Pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz77@gmail.com

Komentowanie wpisu jest wyłączone.