platforma blogowa portalu głos koszaliński

Piotr „Berial” Kuzioła: Betrayer wywodzi się ze starej szkoły, ale zaszufladkować się nie damy… [wywiad]

Death metalowy Betrayer powrócił z nową, świetną płytą „Scaregod”. O płycie, ale nie tylko rozmawiam z Piotrem „Berialem” Kuziołą – liderem, wokalistą i basistą zespołu.

Betrayer

Spotkaliśmy się z Berialem, żeby porozmawiać o nowej płycie Betrayer „Scaregod”. Niespodziewanie jednak z tematów mocno dla zespołu aktualnych przeszliśmy do starych czasów, do wspomnień z okresu „Necronomical Exmortis” i „Calamity”, do dość niespodziewanego – dla fanów i samego Beriala – powrotu zespołu, do pozametalowej działalności lidera Betrayera i jego muzycznej współpracy z… córką Nikolą. Zapraszam do przeczytania wywiadu.  

* * *

– Spotykamy się dwa miesiące po premierze albumu „Scaregod” i muszę powiedzieć, że zbieracie pozytywne opinie. Mam tu na myśli przede wszystkim reakcje fanów na ten materiał.

– Tak, to prawda. Wprost zaskakujące jest to, że nie usłyszeliśmy żadnej tak naprawdę negatywnej opinii. To cieszy, a przyznam, że nawet zdawkowe pochwały, a przede wszystkim brak „hejtu” odbierać należy w dzisiejszych czasach jako bardzo pozytywne czynniki. Spotkałem się nawet z sytuacją, że ktoś z branży wyznał mi, iż nie przesłuchał w całości „Infernum In Terra”, gdyż po usłyszeniu jednego z utworów był na tyle zawiedziony brzmieniem, że bał się słuchać dalej aby nie zburzyć w sobie szacunku jakim darzył Betrayer z czasów „Calamity” (album nagrany przez Betrayer w latach 90-tych – dop. aut.). Po przesłuchaniu „Scaregod” jest w zachwycie. Uznaje ją za świetną płytę, do której ciągle wraca. To wszystko oznacza, że album się udał. Uzyskaliśmy dobre brzmienie i dobry aranż, który trafia do ludzi.

 

– A Ty też jesteś zadowolony? Uważasz, że to dobra płyta?

– Dla nas to już jest stary materiał. Ma już rok czasu i jesteśmy z nim bardzo osłuchani. Pewnie bym jeszcze dziś coś w nim poprawił… Ale tak, jesteśmy zadowoleni. I to bardzo. Poprzednia płyta też nie była zła… aranżacyjnie. Jednak przyznając w tamtym czasie, że i jej brzmienie jest niezłe, oszukiwaliśmy sami siebie. Przyznaję to z przekonaniem z perspektywy czasu. Na nowej płycie wszystko jest doskonałe. Jest tak, jak chcieliśmy – moc i mięcho. Oczywiście, jak to zwykle bywa, co nieco już bym zmienił… Jak choćby niektóre zagrywki, które po osłuchaniu uznaję za zbyt old schoolowe, nawet jak na nas old schoolowców, hehe… Nie chciałbym aby uznano, że…

 

– Zatrzymaliście się na latach 80-tych, 90-tych?

– Między innymi. Opinie są takie, że Betrayer nagrał super płytę. Niektóre jednak podkreślają, że jest świetna, aczkolwiek rewolucji w niej nie ma, dodając na uspokojenie, że takowej od Betrayer nikt nie oczekiwał. My sami nie zamierzaliśmy wywoływać żadnej rewolucji, ale nadal chcemy być zespołem, który ewoluuje i się rozwija, więc przyklejanie nam łatki zespołu przytwierdzonego wyłącznie do old schoolowego death metalu jest nie do końca fajne i prawdziwe. Na nowej płycie jest mnóstwo zagrywek i smaczków wybiegających poza typowy old school, nawiązujących do współczesnych trendów w muzyce death metalowej. Oczywiście, z dumą przyznaję, że wywodzimy się ze starej szkoły, ale zaszufladkować się nie damy…

 

– Wspominasz o „Infernum In Terra”. Faktycznie fani trochę kręcili nosem. Nie do końca byli przekonani, czy to udany powrót Betrayer. Albumem „Scaregod” udowodniliście, że jeszcze wiele macie do powiedzenia, a niektórzy dopiero tę płytę uznają chyba za prawdziwy powrót zespołu.

– Coś w tym jest. Odnoszę nawet wrażenie, że ten nasz powrót to tak naprawdę nowy start. To „Infernum In Terra” uznawane było jako taka demówka, rozgrzewka, a dopiero teraz pokazujemy na co tak naprawdę nas – w cudzysłowie – stać.

 

– Bo trzeba przypomnieć, że pomysł Twojego powrotu do grania jako Betrayer nie zrodził się ot tak. To chłopaki z Kwidzyna szukali wokalisty do zespołu. I dopiero potem uznałeś, że warto jednak wrócić do nazwy sprzed ponad 20 lat.

– O, to już stara historia. Chłopaki zaprosili mnie do wokalowania w swoim zespole. Tak obudzili uśpione demony. Potem odszedł basista, więc zapytali czy spróbuję. Spróbowałem. Stary duch wrócił na dobre. Z gitarą basową przy mikrofonie nie potrafiłem być nikim innym, jak Berialem z Betrayer. Potem to ja zaproponowałem chłopakom, przyłączenie się do Betrayer. Tak też się stało…

 

– To może też jeszcze na „Infernum In Terra” zostały jeszcze pomysły z poprzedniego zespołu muzyków z Kwidzyna?

– Niektóre może tak… Podejrzewam, że i na tej płycie doszukałbyś się paru patentów, których Tubaya (Krzysztof Tubaja, gitarzysta zespołu – dop. aut.) używał wcześniej. To jest pewien styl, coś, co siedzi na dobre w głowie i palcach gitarzysty oraz wyróżnia go od innych.

Wiesz, w czasach „Calamity” skupiałem się przede wszystkim na kwestiach tekstowych, kontaktach z fanami i dbałem o sprawy zespołu na zewnątrz. Komponowanie zostawiałem zawsze gitarzyście. Robił to Ripper (Maciej Krzysiek – dop. aut), czy wcześniej Łata. Teraz jest to Tubaya, ale na tej płycie pojawiły się też moje aranże. Wgryzam się w to coraz bardziej…

 

– Czyli bardziej aktywnie brałeś udział w samym tworzeniu muzyki na ten album?

– Tak… i jeśli będzie następny album, a być powinien, to znajdzie się na nim zdecydowanie więcej mojego sznytu. Polubiłem to, to raz. A po drugie… Jeśli gitarzysta pisze dobre numery, to jest to doceniane i chwalony jest cały zespół. Tym cieszyć się łatwo. Jeżeli jednak sukces ma być naprawdę wspólny, powinieneś w równej mierze przyjmować na klatę i krytykę. Trzeba wsadzić do muzyki jak najwięcej od siebie aby czuć się współodpowiedzialnym za sukcesy, jak i porażki i w pełni utożsamiać się z nimi. Jeśli ktoś powie, że coś jest za bardzo old schoolowe, albo za bardzo morbidowe czy deicidowe lub takie, czy śmakie, nie może być tak, że odpowiedzialnością i pretensjami obarczysz swojego gitarowca.

 

– Na dobrą sprawę jako jedyny w tym składzie stary członek Betrayer teoretycznie mógłbyś przyjmować cięgi, albo spijać śmietankę pochwał. Czyli rozumiem, że wolisz i to dobro, i ewentualną krytykę przyjmować wspólnie…

– Zawsze byłem za tym, żeby w zespole działać razem. Nie jestem indywidualistą. Wierzę w kolektyw, jakkolwiek może to zabrzmieć. To, co tworzymy to kwintesencja naszych osobowości i razem za to odpowiadamy. Dlatego czasem, kiedy te trybiki pękają, zwłaszcza z winy innych, potrafię się zniechęcić . Tak, jak miało to miejsce w latach 90-tych po wydaniu „Calamity”… Wyautowałem się z tworzenia muzyki na prawie 20 lat. Wiesz, kiedy dużo w tym co robisz zależy od innych i potrafi zostać zrujnowane, bo komuś odbija jakaś palma, albo postanawia zniweczyć cały wspólnie wypracowany sukces w imię własnych, często egoistycznych ambicji, naprawdę może się odechcieć. Potrafiłem wtedy zamknąć temat na dobre. Nie zastanawiałem się nad tym, czy można to kontynuować w innym składzie. Kolektyw upadał i to był koniec. Siłowe rozwiązania kłóciły się z moją filozofią. Z jednej strony nie chciałem wszystkiego tworzyć na nowo, w przekonaniu, że i tak w końcu znowu znajdzie się ktoś, kto to wszystko spaprze, a z drugiej nigdy też nie byłem zwolennikiem zmieniania muzyków jak rękawiczki…

 

– Jak w Vaderze na przykład?

– Vader to zespół, który bardzo szanuję, ale kiedy patrzysz na listę instrumentalistów, którzy przewinęli się przez ten zespół, to znajduje się tam 20, albo i więcej nazwisk. Spójrz na wszystkich wielkich Slayer, Kreator, Morbid Angel czy Metallica. Tam zmiany składu to były naprawdę pojedyncze strzały. Można się zastanawiać czy po tylu zmianach to jest ciągle ten sam zespół… A może lepiej w to nie wnikać, bo takie samo pytanie możnaby zadać odnośnie dzisiejszego Betrayer (śmiech)

Nie chcę jednak oceniać, która szkoła jest lepsza, bo prawdopodobnie lepiej zmieniać tych muzyków i być w nieustannym pędzie, niż fundować sobie wieloletnie przerwy, a potem pytać samego siebie: „Dlaczego tak długo czekałem z tym powrotem na scenę?”

 

– A powiedziałeś sobie właśnie takie słowa?

– Owszem, równocześnie z podjęciem decyzji o reaktywacji… Choć szczerze mówiąc, do tamtej pory myślałem, że temat Betrayer to już tylko przeszłość i historia.

 

– Chyba wszyscy tak myśleli…

– Prawdopodobnie tak. Tym bardziej pokłony biję Tubajasowi z wdzięczności, że wyciągnął mnie z tej otchłani nicości. Pomimo upływu czasu on miał cały czas to ciśnienie i zapał, żeby grać. Szukając wokalisty do swojego projektu, a wielu wypróbował, przyszła mu do głowy jeszcze jedna opcja. Wiemy jaka… (śmiech) Opowiadał mi potem, że gdy zdobył wreszcie mój numer telefonu zadzwonił z przekonaniem jednak, że nic z tego nie będzie. Jakże się pomylił. Trafił na specyficzny etap w moim życiu. Miałem w nim parę luk do wypełnienia i potrzebowałem pewnych zmian. Byłem gotowy na nowe wyzwania i stało się…

 

– Trudno teraz rozstrzygnąć skąd Betrayer jest. W latach 90-tych też nie było łatwo. To był zespół słupski? Koszalińsko-słupski, słupsko-koszaliński? A dziś – koszalińsko-kwidzyński?

– Jak to skąd? Z Polski!!! Chociaż w dobie wszechobecnej globalizacji wszyscy jesteśmy już obywatelami świata (śmiech). Mówiąc poważniej, o Vader choćby też trudno dzisiaj powiedzieć, że to zespół olsztyński. Nikt już chyba nie zwraca uwagi na tego typu patriotyzm regionalny.

Co do Betrayer, to był to niegdyś zespół słupski, potem słupsko-koszaliński, potem koszalińsko-kwidzyński. Dziś, cóż… Ja z Koszalina, Tubaya z Kwidzyna, a Kozak (Arkadiusz Kozakiewicz, perkusista zespołu – dop. aut.) ze Sztumu. Szukamy drugiego gitarzysty i fajnie by było, gdyby znalazł się taki w okolicach Koszalina wtedy śmielej można by było mówić, że Betrayer jest bardziej koszaliński… Tylko po co? Komu to potrzebne? Nie miałbym też nic przeciwko dobremu gitarzyście ze Słupska. To byłoby ciekawe nawiązanie do korzeni…

 

– No tak, bo teraz jesteście trio i jako trio nagrywaliście tę płytę.

– Podobnie, jak poprzednią. Tak się zdarzyło, że z gitarzystą rozstaliśmy się w mało przyjemnych okolicznościach. Tuż przed wyjazdem na festiwal zakomunikował nam, że z nami nie jedzie. Zagraliśmy kilka koncertów w trójkę i wyszły naprawdę dobrze, więc póki co tak zostało. Krzysiek uważa, że w trójkę dajemy radę i dla niego może tak pozostać. Choć faktycznie radę dajemy, to nie podzielam tego zdania i chciałbym mieć jak najszybciej drugiego gitarzystę w składzie. Zrobimy to jednak inaczej, niż poprzednio. Chcemy znaleźć gitarzystę sesyjnego na początek, żeby pograć, zobaczyć co to za człowiek, czy pasuje klimatem. Nie same umiejętności świadczą o człowieku. Poprzedni gitarowy zostawił nas w takiej, a nie innej sytuacji i niezasłużenie z tej perspektywy dostał od nas prezent w postaci ujęcia jego osoby w materiałach związanych z „Infernum In Terra”, choć udziału w nagraniach nie brał. Pograł z nami kilka miesięcy, powiększył sobie portfolio i skończyło się, jak się skończyło…

 

– Skoro o tym mówisz, to fani Vadera pamiętają pewne zdjęcie, które znalazło się na plakacie i na koszulce zespołu. A na tym zdjęciu byłeś także Ty. Choć okoliczności Twojego odejścia z zespołu były zupełnie inne…

– Przed nagraniem ich debiutanckiej płyty „The Ultimate Incantation” dużo jeździłem do Olsztyna na próby z Vader, na imprezy, na sesje fotograficzne. Miałem z nimi nagrywać tę płytę. Ostatecznie okazało się, że pojechał tylko Peter z Docentem. Drugi gitarzysta też nie pojechał. Taki, jak się potem okazało, był generalnie plan. Czy chodziło o minimalizację kosztów , bo studio było w Szwecji, czy o coś zupełnie innego nie wiem i nie jest to już istotne. Z Vaderem rozstałem się chwilę później, kiedy zrozumiałem, że pozostanie musiałoby oznaczać rozstanie z Betrayer, a to nie wchodziło w grę.

Traktuję ten epizod jako przygodę i ciekawe doświadczenie, ale wracając do tematu… Zdjęcia i materiały promocyjne były już porobione, poszło w eter. Na koszulce faktycznie jest moja postać, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka z racji techniki, jaką to zdjęcie zostało wykonane, czyli pod światło, więc widoczne są tylko kontury postaci… Jako ciekawostkę dodam, że na kontrakcie z Earache Records podpisy basisty też są moje (śmiech)…

 

– Wróćmy do teraźniejszości. „Scaregod” zbiera dobre recenzje, ale też i na scenie metalowej jest klęska urodzaju, bo płytę wydać łatwiej. Jest wiele małych, niezależnych wytwórni. Śledzisz tę scenę?

– Czy to klęska urodzaju? Nie wiem… Jest dużo młodych zespołów i duży wybór, ale współczesne trendy idą w kierunku, który niekoniecznie jest moim kierunkiem. Przykładowo… Do muzyki deathmetalowej wkradło się mnóstwo wpływów black metalowych. Nie jestem wrogiem black metalu, żeby było jasne, a wszystko co urozmaica muzykę uważam za chwalebne i potrzebne. Nie podoba mi się jednak, kiedy potem coś na wskroś black metalowego nazywa się death metalem, po to aby band stricte death metalowy nazwać… oldschoolowym choćby. Pojawił się też dziwny trend na siłowe chwalenie wszystkiego, co ma nazwę w języku polskim, koniecznie z „er-zet”, „ce-ha”, „źet”, „eś” czy inną typowo polską głoską. Wszystko fajnie, ale w samej muzyce u niektórych nic odkrywczego nie słyszę. Wiele z tych zespołów gra coś w klimacie Slaughter z końca lat 80-tych. Słyszę podobieństwa… to brzmienie, ten charakterystyczny jazgot gitar. Dlaczego więc hołduje się ich rzekomą świeżość i nowatorstwo??? Nie wiem czemu ma to służyć, ale nie wszystko muszę przecież rozumieć… Oczywiście nie neguję w żadnej mierze powrotów do starych trendów, ale nie ulegajmy zaraz zbiorowemu szaleństwu i dorabianiu fałszywych ideologii.

 

– To fakt, ale muszę przyznać, że przynajmniej część tych zespołów gra dobrą muzykę.

– Ale oczywiście. Nie powiedziałem przecież, że dotyczy to wszystkich. Muzyka powinna mieć wiele barw i odcieni, a jeśli ma słuchaczy i zwolenników, to tym bardziej broni swojej wartości.

 

– Na tej nowej płycie też sięgnęliście po prehistorię, można powiedzieć. Na „Scaregod” znalazł się utwór z „Necronomical Exmortis”, czyli Waszej demówki z lat 90-tych.

– „Acrid Blood” mieliśmy włączony w set koncertowy już wcześniej. Był bardzo dobrze przyjmowany. Zdażało się, że na koncertach fani śpiewali go razem z nami. Wyobraź sobie, że są tacy, którzy czasy „Necronomical Exmortis” uważają za najlepszy okres działalności zespołu. Nagranie tego utworu na nowo, to hołd dla nich i chęć przypomnienia naszego wydawnictwa sprzed lat.

 

– I pasuje do reszty materiału.

– I to jak… A zobacz, to był 1991 rok. Tyle lat minęło, a to ciągle żre (śmiech).

 

– A co z „Calamity”? Fani nie mogą się doczekać reedycji tej płyty. Kiedy i czy w ogóle do tego dojdzie?

– Sam nie mam oryginału tej płyty. Kiedyś pożyczyłem komuś „na chwilę” ostatnią sztukę i już nie wróciła. Reedycja jest jak najbardziej potrzebna choć osobiście najbardziej zainteresowany jestem zdobyciem oryginalnego krążka z pierwszego bicia. Nadmienię tutaj, iż wersja z serii „Unholy Bible Of Polish Death Metal”, w ramach której „Nercronomical Exmortis” została połączona z „Calamity”, to wydanie bez autoryzacji. Nie było to oficjalne wznowienie. Dodam, że to straszny bubel… Złe opisy, pomieszane składy, pomieszane utwory… Zrobione na prędce i byle jak.

Do reedycji przymierzaliśmy się już kilka razy, ale w związku z tym, że w przyszłym roku przypada 25-ta rocznica wydania tego albumu postanowiliśmy wydać ją z tej własnie okazji w 2019 roku.

 

– Mieszkańcy Koszalina wiedzą, że Tobie nie tylko metal w duszy gra. Miałeś swego czasu projekt akustyczny z coverami. Wziąłeś też kilka lat temu udział w koncercie Grunge Unplugged w Radiu Koszalin.

– Grunge jest mi bardzo bliski. Zwłaszcza stare kapele takie jak Pearl Jam, Alice In Chains, czy twórczość Chrisa Cornella. Śmiało mogę powiedzieć, że od zawsze żyją we mnie dwie muzyczne dusze. Jedna krzykliwa i nieokiełznana, lawirująca głęboko w otchłani ekstremalnych dźwięków… to Betrayer i cała metalowa strona mojego jestestwa. Druga jest przeciwwagą… Wrażliwa, nostalgiczna i poetycka… To towarzysząca mi od młodzieńczych lat gitara akustyczna i świat związany z nią właśnie i śpiewem. W czasach dominacji Betrayer nie było mowy o publicznym wyznaniu takiej prawdy. Metalowy świat nie uznawał kompromisów i nie brał jeńców… Dziś wydaje się to śmieszne, ale taka była rzeczywistość tamtych lat. Jestem przekonany, że ta muzyczna otwartość oraz zawarta w niej różnorodność i uniwersalność pozwalają mi przekraczać pewne granice. Pomagają choćby w konstruowaniu linii melodycznych wokalu w muzyce Betrayer, by nie były one tylko mało czytelnym wyklepywaniem strof growlem. To odzwierciedla i wyróżnia również mój własny styl i charakter, myślę…

 

– Pojawiłeś się też gościnnie na płycie Woodland Spirit, na której muzycy z Koszalina zagrali utwory Anathemy w wersjach akustycznych. To granie też jest Ci bliskie?

– Nie słuchałem wcześniej Anathemy, ale miło mi było, że Michał Goldfarb odezwał się do mnie w tej sprawie. Lubię takie wyzwania. Zakładam, że moja „pozametalowa” aktywność właśnie, miała tutaj niemałe znaczenie. Dostałem numer, osłuchałem się z nim i uznałem, że może być ciekawie, choć zdawałem sobie sprawę, że to nie do końca moja bajka. Myślę, że to nawet słychać. Wszystkie utwory na tej płycie zespół z założenia odwzorował jak najwierniej, wokalnie zwłaszcza, a ja, uważając, że nagrywanie coverów jak kopie jeden do jednego, pozbawia je dodatkowego smaczku, który artysta może dodać od siebie. Niemniej jednak w tym przypadku Wooodland Spirit zrobili to świetnie.

 

– A muzykowanie z córką? Zagrałeś z nią podczas koncertu charytatywnego „Magia Rocka”. To pewnie Michał Goldfarb, który jest pomysłodawcą i organizatorem tej imprezy Cię namówił?

– W fundacji udziela się też mój kuzyn Radek. On dużo wcześniej zapytał mnie, czy nie zagrałbym kiedyś na koncercie dobroczynnym. Powiedziałem, że z chęcią, dodając, że byłoby ciekawie wciągnąć w to moją córkę Nikolą. Zgodził się z tym i oznajmił, że przekaże temat Michałowi. To pewnie gdzieś tam zostało zapamiętane. Po dłuższym czasie nastąpiła dopiero cała akcja z płytą Woodland Spirit i wrócił temat akcji charytatywnej.

 

– To jak się gra z córką?

– A wiesz co? Coraz gorzej, bo zgniata mnie na gitarze (śmiech). Teraz to ja mogę być już tylko chłopcem do akompaniowania. To, co ona wyprawia z gitarą, to czapki z głów. Czasem mam wrażenie, że bardziej jej przeszkadzam, niż pomagam. Nikola jest po dziewięciu latach szkoły muzycznej, czyli podstawówce i gimnazjum. Do liceum poszła jednak zwykłego. Szkoła muzyczna za bardzo ją ograniczała. Nieustanne odgrywanie muzyki klasycznej, którą tak czy inaczej szanuje i lubi, przestało jej wystarczać, a będąc w kieracie takiej szkoły nie ma się za wiele czasu na rozwijanie innych pasji.

Tak naprawdę już po podstawówce chciała zrezygnować, ale na szczęście zmieniła zdanie. W gimnazjum trafiła na bardzo dobrego nauczyciela, który wyciągnął z niej tyle, ile było możliwe, skorygował błędy w technice gry, tchnął w nią nowego ducha i po prostu uwierzył w jej możliwości. Gdyby wszyscy wcześniejsi nauczyciele mieli takie podejście jak pan Szmidt, to dziś byłaby jeszcze lepszą gitarzystką i kto wie, może wciąż wierna muzyce klasycznej.

 

– Myślisz, że będzie tworzyć muzykę?

– W jakimś stopniu na pewno. Nikola dopiero szuka swojej muzycznej drogi, lecz na ile splecie się ona z życiową, czas pokaże. Teraz, w głównej mierze, gra sama. Tworzy świetne aranżacje bardziej i mniej znanych utworów, głównie rockowych, w przekładzie na gitarę akustyczną. Wyciąga z nich ukryte smaczki, wprowadza swoje pomysły i nadinterpretacje. Mnie to powala. Teraz myśli o zebraniu kilku osób o podobnym zacięciu muzycznym aby spróbować zespołowego grania. Nie jest jednak łatwo. Szkoła muzyczna zamyka dzieciaki w domach. Nie tylko w tym sensie, że zmusza do nieustannego ćwiczenia, ale także w takim, że zamyka je przed resztą świata. W zwykłych szkołach, w których jest rejonizacja, dzieci widzą się z kolegami w szkole, a po szkole bawią się na jednym podwórku. Łatwiej nawiązywać kontakty, zawiązywać przyjaźnie, ale przede wszystkim, łatwiej poznać się nawzajem w szerszym spektrum. Również zainteresowań i pasji. O ile łatwiej znaleźć wtedy bratnią duszę, prawda? My tam właśnie zakładaliśmy swoje pierwsze zespoły. Rzadko pojawiał się ktoś ze szkoły muzycznej.

Ponad to w czasach, w których jesteśmy świadkami totalnego upadku świadomości muzycznej Polaków, dominacji disco polo oraz gloryfikacji wymóżdżenia i prostactwa, nie jest łatwo młodym, ambitnym ludziom spotkać sobie podobnych.

Nikola ubolewa też, że w liceum do którego chodzi, mało kto kojarzy już nazwy takie jak Pearl Jam czy Alice In Chains lub w ogóle muzykę grunge, z której między innymi czerpie dużo inspiracji. Jak więc taki młody człowiek ma odnaleźć swoje miejsce w otoczeniu, które oddycha czymś zupełnie innym? Oczywiście jest to trudniejsze niż kiedyś, ale nie niemożliwe, więc jestem pewien, że już wkrótce coś się wykluje. No i jeśli kogoś właśnie tym zainteresowałem, to dawać cynk (śmiech).

 

– Niesamowicie o niej opowiadasz. Czuć od razu, że córka jest oczkiem w głowie tatusia.

– Wiesz, Nikola to nie jest taki lekki chów, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Wiele, mimo młodego wieku przeszła. Zawsze musiała być nieco bardziej dorosła niż jej rówieśnicy. Podziwiam jej siłę, charakter i to jakim jest człowiekiem. Nie tylko z perspektywy ojca… który tak czy inaczej nie jest typem, który tylko głaszcze. Podzielam jej pasję, szanuję jej wybory i trzymam za nią kciuki. Wierzę, że osiągnie obrane cele, gdyż jest ambitna, pracowita i konsekwentna. Oczywiście pozdrawiam ją z tego miejsca.

 

– Na zakończenie powiedz, czy zagracie w Koszalinie koncert z Betrayer? Jest w mieście publiczność, która by na niego przyszła?

– Koszalin bywa nieco chimeryczny, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. To przecież moje miasto!!! Nie zawsze jestem z niego dumny, ale jest moje, a to zobowiązuje. Oczywiście, że zagramy… Nawet jeśli miałoby przyjść tylko pięć osób.

Z koncertami planujemy ruszyć dopiero na jesień. Chcemy, żeby ludzie osłuchali się z nową płytą. Fajniej jest, kiedy wiara znając materiał uczestniczy aktywnie we wspólnej celebracji ekstremalnych dźwięków.

 

Rozmawiał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz77@gmail.com

Komentowanie wpisu jest wyłączone.