platforma blogowa portalu głos koszaliński

Muzyka: dlaczego crowdfunding jest (nie) dla mnie?

Crowdfunding – jak pewnie wszystko – ma swoje dobre i złe strony. Kiedy widzę jego dobre strony – biorę udział w zbiórce.

Na początku zaznaczę, że jako kolekcjoner, czy może bardziej zbieracz muzyki każdego miesiąca kupuję co najmniej kilka płyt. Po prostu lubię mieć dźwięki, które mnie kręcą na nośniku fizycznym i już. Mam też poczucie, że w ten sposób oddaję szacunek muzykom, którzy ją nagrali, a jednocześnie wspieram ich w dalszych działaniach. Ich oraz wytwórnie, które te płyty wydają.

 

Dodam też, że duża część płyt, które kupuję to albumy, których nie znajdziecie w Empikach, wiele z nazw zespołów nic Wam nie powie, bo to często undergroundowe bandy wydawane przez niezależne labele, które swoje wypusty sprzedają we własnych sklepach internetowych. Tam kupuję szczególnie chętnie. Nie chcę jednak przy tym specjalnie przepłacać i kupuję muzykę w normalnych cenach (które najczęściej zamykają się w kwotach między 20 a 30 złotych), bądź też przy okazji promocji, które raz na jakiś czas niezależne wytwórnie organizują.

 

Do samego crowdfundingu podchodzę podobnie. Odbieram to jako formę wsparcia dla zespołu. Jest to też dla mnie pewna forma preodreru albumu. Liczę też na to, że płytę kupię w dobrej cenie.

 

I – jak wiadomo – crowdfunding ma swoje plusy i minusy, ma zwolenników i przeciwników. Myślę, że największe kontrowersje budzi w przypadku, kiedy potencjalni wspierający czują, że ktoś ich próbuje naciągnąć, wyciągnąć od nich kasę. Sam czasem wspieram takie akcje – przede wszystkim wydanie płyty z muzyką – ale też tylko w wypadku, kiedy nie czuję się naciągany i mam przekonanie, że zespół jest mi wdzięczny za to, że go wsparłem, a nie zaciera ręce, że udało mu się wyciągnąć ode mnie kasę.

 

A kiedy nie czuję się naciągany? Kiedy cena płyty nie jest wygórowana. Czyli mieści się w kwocie między 20 a 35 złotych z kosztami wysyłki. I tu od razu podam pozytywne przykłady akcji, które z przyjemnością wsparłem.

 

Pozytywnie

* Skład We Love Beats zbierał pieniądze na wydanie dwupłytowej składanki. Już przy wsparciu kwotą 21 złotych (już z kosztami wysyłki!) wspierający otrzymywał fizyczne wydanie tej płyty. Powtórzę – album w wersji 2CD był za JEDYNE 21 ZŁOTYCH! Dodam, że był to nakład limitowany uzależniony od liczby osób, które wybiorą nagrodę z płytą. Wsparłem zespół wybierając dwukrotnie nagrodę za 21 złotych. Album nie jest dostępny w sprzedaży. Mam w domu płytę – jedną z 400. Czuję się mega wyróżniony.

 

* Jarecki zbierał pieniądze na wydanie swojej płyty. Już przy kwocie 35 złotych wspierający otrzymywał nagrodę w postaci fizycznego wydania płyty. Ale – UWAGA – wspierając kwotą 50 złotych otrzymywał 2 płyty. Te same, ale zawsze drugą mogę dać komuś w prezencie, odsprzedać. Wsparłem Jareckiego kwotą 50 złotych. Choć akurat tutaj po prostu razem z kolegą wybraliśmy tę nagrodę. On wziął jedną płytę, ja drugą. Płytę, która w sklepach kosztuje 35-37 złotych. Czuję się mega wyróżniony i doceniony, bo niejako kupując płytę w ciemno dostałem ją taniej, niż teraz bym musiał zapłacić za nią w sklepie.

 

* Kolejnym pozytywnym przykładem jest akcja koszalińskiego zespołu Woodland Spirit. Zbierali pieniądze na wydanie swojej płyty „Tribute to Anathema”. Fizyczne wydanie kosztowało podczas akcji 25 złotych. Limitowana wersja wydania kosztowała 50 złotych. Limit to ręcznie robione tekturowe pudełko, ręcznie malowane, każde z nieco innym wzorem na okładce. Powstało 9 takich płyt. Sam je robiłem dla zespołu i to był mój wkład w wydanie tego albumu.

 

Negatywnie

Teraz kilka przykładów akcji crowfundingowych, których – mimo sympatii dla zespołów i wiary, że wydają wartościowy materiał – nie zdecydowałem się wesprzeć. Tu już nie będę się posługiwał nazwami zespołów, bo po co. Chodzi o samo podejście do zbierania pieniędzy na nagranie swojej muzyki i wydanie jej na nośniku fizycznym.

 

* Zespół undergroundowy w zasadzie, choć grający od 10 lat zbierał na nagranie płyty demo. Przy wsparciu kwotą 40 złotych zespół ciągle nie zamierzał dać wspierającemu nic fizycznego. Jedynie demo w wersji elektronicznej, zdjęcie z autografami w wersji elektronicznej, podziękowania w wersji elektronicznej. DOPIERO przy wpłacie co najmniej 60 złotych mogłem dostać to demo w wersji fizycznej.

 

* Zespół znany, bardzo znany, który lubię i ma na koncie kilka albumów wydanych w wytwórniach (mam je na półce) postanowił wydać płytę sam. No i niestety nie wsparłem tej akcji, bo dopiero przy kwocie 50 złotych mogłem liczyć album w wersji fizycznej. Album, który obecnie w sklepie można kupić za 36-40 złotych, a mi udało się go zamówić tuż po premierze za 28 złotych.

 

* Dość znany w Polsce zespół podczas zbiórki ustalił cenę swojej płyty w wysokości 45 złotych. W dni premiery można ją było kupić za 35 złotych.

 

* Widziałem też zbiórkę na wydanie nowej płyty pewnego zespołu rockowego, którego płyty można kupić w sieciowych sklepach muzycznych. Również wycenił swoją płytę na 50 złotych. Nie mam pojęcia po ile ją będzie sprzedawał. Wiem natomiast, że jego poprzedni album mogę dziś kupić w sklepie za 10-12 złotych. Tak, wiem, że to przykre, że ludzie już nie kupują tak chętnie płyt CD i wytwórnie oraz sklepy obniżają ich ceny, by przewietrzyć magazyny. Ale to tym bardziej nie należy ustalać ceny kolejnej, zbliżającej się płyty na tak wysokim poziomie. Bo ja w to zwyczajnie nie wejdę.

 

* I już tak na marginesie, bo to już nawet jest trudne do skomentowania … Widziałem też zbiórki, na których zespoły dawały możliwość otrzymania nagrody w postaci fizycznej wersji swojej płyty (CD) przy wsparciu minimum 80, a nawet 100 złotych.

 

Dlaczego?

 

Zastanawiam się dlaczego zespoły decydując się na zbiórkę za pośrednictwem portali crowdfundingowych ustalają tak wysokie – oczywiście moim zdaniem – ceny za swoje krążki?

 

Czy chcą w ten sposób „ukarać” swoich najwierniejszych fanów? No bo jaka to dla mnie nagroda za wsparcie mojego ulubionego zespołu, skoro potem „mniej wierny fan” pójdzie do sklepu, na koncert i kupi tę samą płytę o 10, albo i 20 złotych taniej?

 

Czy myślą, że w ten sposób zbiorą więcej pieniędzy? Na mnie nie mogą liczyć. Według mnie mogą zebrać więcej ustalając niższą cenę, bo to może zachęcić potencjalnie więcej osób do wsparcia akcji i zakupu ich płyty. Bo chyba łatwiej jest wydać 30-35 złotych, niż 50.

 

A może myślą, że prawdziwi fani i tak wesprą, bo przecież są im wierni? Zakładam, że takimi pobudkami kierują się fani zespołów, których zbiórki kończą się sukcesem. I nie zamierzam negować faktu, że czują się wspaniale, iż wsparli swoich swoich ulubionych muzyków. Ja po prostu nie dołączę do akcji, ale wesprę ich później – kupując płytę po koncercie, na który kupię bilet, ale zakładam, że zapłacę za tę płytę mniej. Albo po prostu pójdę do sklepu i kupię ją w odpowiadającej mi cenie. Jeśli oczywiście ta sklepowa będzie mi odpowiadać.

 

A może są nakłaniani do ustalania takich kwot przez same portale crowdfundingowe? Nie byłoby to posunięcie pozbawione sensu, bo przecież prowadzący te portale żyją z prowizji od wpłacanych na zbiórki pieniędzy. Od zbiórek zakończonych sukcesem.

 

Powodów pewnie jest więcej. Oto jeszcze jeden z nich. Autentyczna odpowiedź, którą otrzymałem po tym, jak pewien zespół napisał do mnie prośbę o udostępnienie linku do zbiórki na płytę. Żeby dostać album musiałbym wpłacić co najmniej 50 złotych. Odpisałem, że szkoda, że taka cena została ustalona, bo to coraz częstsza praktyka, a ja chętniej wpierałem, jak ceny były niższe – 20, 30, 35 złotych. Otrzymałem odpowiedź, że kiedyś grupa sprzedawała płyty po 20 złotych i wtedy pieniądze pochodziły z ich zasobów. Na promocję wtedy nic już nie zostało i koszta się nie zwróciły.

 

To nie przymus

 

Kończąc już dodam tylko, że oczywiście udział w zbiórkach i wspieranie zespołów jest dobrowolne. Jeśli więc ktoś chce kupić w ten sposób album swojego ulubionego zespołu – to proszę bardzo. Podobnie, jak nikt nie przymusza zespołów do ustalania dobrych, niewygórowanych cen swoich płyt dla fanów, którzy zechcą wesprzeć ich w wydaniu tego albumu. Ale jeśli się na to zdecydują, to mogą na mnie liczyć.

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.