platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #40. Altarage / Ketha / Cytotoxin

Trzy metalowe albumy: „Endinghent” zespołu Altarage, Ketha i ich „o Hours Starlight” oraz Cytotoxin ze swoim „Gammageddon”.

Łyk 1. Z „Endinghent” Altarage mam pewien problem. Trudna jest ta płyta, często nie do przebrnięcia w jednym kawałku. Jednak kiedy zastanawiam się, czego by tu posłuchać – włączam właśnie ten krążek.

To brzmienie, ten ciężar black – czy może bardziej death – metalu powala. Zachwyca transowość, zawieszenie zespołu na jednym dźwięku,połączenie tego z szybkimi tempami, wtrącenie tu i ówdzie przełamanego riffu. To wszystko powoduje, że „Endinghent” przyciąga jak magnes.

A co odpycha (w sumie też jak magnes, ale drugi jego biegun)? Może ten bardzo, ale to bardzo mroczny, przytłaczający grobowy klimat, który w okolicy utworów „Fold Eksis” / „Rift” (ok, może po tym drugim numerze, bo ma genialny wstęp) każe mi wyłączyć tę muzykę? Trudno powiedzieć. Ale za kilka dni znowu włączę Altarage, ale może tym razem od połowy i dotrwam do końca.

Album posłuchasz i kupisz TUTAJ > Altarage „Endinghent”

Łyk 2. Progresywny, awangardowy metal w barwach Selfmadegod Records? Tego po wytwórni, którą kojarzę przede wszystkim z wydawaniem grind i death metalu się nie spodziewałem. A to właśnie usłyszałem na „0 Hours Starlight” krakowskiego zespołu Ketha.

I jest to progresja wysokiej jakości. Wciągający transowością „Bliss” łączący się z „Mokomokai”. Urzekająca strukturą riffu w „Hypergiant”, mrocznym wokalem w „Firebird”. I wreszcie zaskakująca sekcją dętą w numerze „Khanda”, na którą zwróciłem uwagę przy trzecim, czy czwartym odsłuchu.

Truizmem jest napisać, że każdy odsłuch albumu przynosi kolejne niespodzianki nie wychwycone przy poprzednim. Bo przecież o wielu płytach można to powiedzieć. W tym konkretnym przypadku niech to będzie po prostu zachęta do długiego, wielokrotnego odsłuchu Kethy i zagłębieniu się w przemyślane do ostatniej nuty kompozycje.

Album kupisz TUTAJ > Ketha „0 Hours Starlight” na Selfmadegod Records

Łyk 3. Niezłą sieczkę z mojego mózgu zrobiła płyta „Gammageddon” niemieckiego zespołu Cytotoxin. Choć jeszcze chwilę temu dałbym sobie rękę obciąć, że pochodzą zza naszej wschodniej granicy: Rosji, bądź Ukrainy. Wskazywały na to stylizowany na cyrylicę font na okładce i dialogi między utworami. Na szczęście zanim napisałem te słowa, sprawdziłem u źródła. I tam (czyli na Facebooku) dowiedziałem się, że Cytotoxin gra… Chernobyl death metal.

 

Serio? Sam bym opisał ich muzykę jako konglomerat technicznych, matematycznych zagrywek, djentowych połamanych gitarowych wyszywanek i pobrzękiwań oraz grindowych porykiwań wieprzowiny. Choć oczywiście i samych death metalowych zagrywek nie brakuje. Ale może właśnie tak by wyglądał śmierć metal, gdyby przeżył wybuch i skażenie w Czernobylu. Grany przez czternastopalczastego gitarzystę, trzynożnego perkusistę i wokalistę o gardle przepalonym deszczówką poopadową.

 

Jak by sobie jednak tego nie zwizualizować trzeba powiedzieć, że „Gammagedon” to materiał, który potrafi uzależnić. Pomysłem na muzykę i perfekcją wykonania.

Album posłuchasz i kupisz TUTAJ > Cytotoxin „Gammagedon”

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz77@gmail.com

Komentowanie wpisu jest wyłączone.