platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #37. Voo Voo / The Dead South / Ragnar Olafsson

Dziś spokojnie. Voo Voo z „7”, „Good Company” Kanadyjczyków z The Dead South oraz Ragnar Olafsson z albumem „Urges”.

 

Łyk 1. Ależ nudny jest ten tydzień według Voo Voo na albumie „7”. Nudny w taki cudowny, leniwy sposób. Niespiesznie ciągnący się od „Środy” do „Wtorku”. Zachwycający minimalizmem, niemal aptekarskim dawkowaniem dźwięków. Jakby w myśl zasady – im mniej, tym lepiej.

Bo jak inaczej odbierać utwór oparty najczęściej na kilku dźwiękach powtarzanych w kółko przez sześć, do ośmiu minut? Niezobowiązujące plumki gitary, smyranki bardziej, niż uderzenia w bębny i talerze, plamy dęciaka wygrywającego czasem melodie, czasem solówki. Tylko bas czasem zagra coś bardziej zdecydowanego skupiając na sobie uwagę słuchasza. Smyki też czasem się odezwą i fortepian zabrzmi kilkoma dźwiękami klawiatury. A do tego wszystkiego mistrz Waglewski snujący swoje opowieści wyrywając przy tym kartki z kalendarza.

Absolutnie przepiękna płyta.

Łyk 2. Jest ich czterech. Są z Kanady, mają brody (trzech z nich), niesamowitą energię, świetne głosy. Tworzą zespół The Dead South i grają… No właśnie, co grają? Country? Bluegrass? Amerykański folk?

Zakładam, że wszystkiego po trochu. Nie znam się na tej muzyce, ale wiem co mi się podoba. I kiedy usłyszałem po raz pierwszy „In Hell I’ll Be In Good Company” (dzięki, Maciek!) z miejsca się zakochałem w dźwiękach wiolonczeli, banjo i śpiewie rozbitym na głosy. Niby prosto, ale jaki w tym smak. A numer „The Recap”, w którym pojawia się gitara akustyczna – miód! Wokalista świetnie poradziłby sobie ze swoim zachrypniętym choćby w grunge’u.

Teraz słucham ich w całości z albumu „Good Company” i nie mogę przestać. Każdy numer świetny. Polecam!

 

Łyk 3. „Urges” Ragnara Olafssona zaczyna się bardzo obiecująco. Gitara akustyczna z delikatnym akompaniamentem harmonijki ustnej w „SSDD” i nieśmiały wokal wprowadza w melancholijny nastrój. W „Wine” wyczułem klimat Johna Frusciante solo i pomyślałem: świetna rzecz.

Co potwierdziły damskie wokale i śpiew w harmonii w „War” i „Petals”. No i genialny, najlepszy na płycie „A Prayer”, w którym Islandczyk przestaje wstydzić się swojego głosu i nawet zaczyna krzyczeć. Podobnie, jak w brzmiącym pełnym składem (a nawet przesterem) „Bravery”.

Coś się jednak na tej płycie momentami zaczyna psuć. Dość sielankowe „Vegetate” jest bez wyrazu, nie pasuje do reszty płyty. „Scar” nie robi takiego wrażenia, jak kompozycje z początku płyty. Gorzej wypada również zaśpiewany do pianina minimistyczny „Relations”. Co nie zmienia faktu, że wrócę do tej płyty pewnie jeszcze nie raz, kiedy będę chciał zaznać spokoju.

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.