platforma blogowa portalu głos koszaliński

Z Koszalina do Holandii w poszukiwaniu cygańskiego jazzu

Grzegorz Wypych z Koszalina pojechał do Holandii na warsztaty z gry na gitarze. Poznał mistrzów gypsy swingu i zetknął się z kulturą Cygan ze szczepu Sinti.

Grzegorz Wypych (z prawej) z jednym ze swoich gitarowych idoli – Nousche Rosenbergiem, mistrzem cygańskiego jazzu


Gerwen, nieduża holenderska miejscowość leżąca w Brabancji Północnej, w gminie mającej nieco ponad 22 tysiące mieszkańców. To tutaj na początku XX wieku trafiła rodzina Schaferów, która – jak się później okazało – wydała na świat bardzo utalentowanych muzyków. Gitarzystów, którzy dziś są uważani za rewelacyjnych instrumentalistów grających gypsy swing, nazywany też cygańskim jazzem. To muzyczni spadkobiercy Django Reinharda – francuskiego gitarzysty i kompozytora cygańskiego pochodzenia, który grał gypsy swing – dziś uznawanego za jednego z najwybitniejszych gitarzystów na świecie.

 

To właśnie Schaferowie ściągają do Gerwen muzyków z dosłownie całego świata, gdzie organizują warsztaty z gry na gitarze. W czerwcu pojawili się tu nie tylko gitarzyści z różnych krajów Europy (ze Słowenii, Włoch, Czech, Norwegii, Danii, Belgii, Anglii, Holandii i Niemiec), ale także z Izraela, Stanów Zjednoczonych, a nawet z Australii. Wśród nich znalazł się jeden Polak, Grzegorz Wypych z Koszalina. – Nie mogłem nie skorzystać z możliwości poznania Paulusa Schafera, genialnego gitarzysty, który jest dla gypsy swingu tym, czym dla popu Michael Jackson. I wcale tu nie przesadzam – zaznacza muzyk prowadzący w Koszalinie szkołę Music Heaven, w której uczy gry na gitarze.

 

Wszyscy muzycy uczestniczący w kilkudniowych warsztatach mieszkali w miejscowym domu kultury w rozbitych na placu namiotach. Tam też odbywały się zajęcia. Ale ich styczność z Cyganami nie ograniczała się tylko do nauki. Do osiedla Cyganów składającego się z kilkunastu parterowych domów mieli niedaleko, kilkaset metrów. – Od razu zaznaczę, że to nie była jakaś zamknięta enklawa. Oni są bardzo otwarci, integrują się Holendrami – opowiada Grzegorz Wypych. – Sami zresztą zaznaczają, że nie są Romami, a Cyganami Sinti. To inny szczep tej nacji, choć mają wspólne źródła.

 

Do cygańskiego osiedla warsztatowicze są zapraszani popołudniami, wieczorami. Mieli więc okazję poznać choć trochę ich kulturę, spróbować tradycyjnych potraw. – Nie były to jakieś wyszukane dania. Niby tylko ziemniaki z mięsem i surówkami, ale podane i doprawione w wyjątkowy sposób – wspomina Grzegorz. – Muszą używać jakichś niesamowitych przypraw. Nie wiem co to było, ale smakowało wykwintnie. Dla mnie cudowne wręcz!

Nie tylko posiłki zachwyciły koszalinianina, ale i samo podejście do gości. – Traktowali nas bardzo, ale to bardzo dobrze. Jak rodzinę – podkreśla. – Widać, że dla nich rodzina jest najważniejsza, bardzo wszystko przeżywają i starają się. Są bardzo wrażliwi – mówi. Zwrócił też uwagę na bardzo patriarchalny model rodziny. Mężczyźni – bardzo macho. W dżinsach, koszulach, włosy na brylantynę. Kobiety – to przede wszystkim gospodynie domowe, dbające o dom. – To widać na każdym kroku. Dodam, że byłem jedynym „gentelmanem” pomagającym nosić kobietom ciężkie naczynia z jedzeniem – wspomina nasz rozmówca.

 

I na każdym kroku towarzyszy im muzyka. Bo Cyganie, z którymi zetknął się gitarzysta z Koszalina, są bardzo muzykalni. Nie tylko mężczyźni, którzy są wirtuozami gitary, ale i kobiety. O czym można się było przekonać po kolacji, kiedy to panie w przeróżnym wieku – matki z córkami, babcie z wnuczkami – zaczynały śpiewać do wyklaskiwanego rytmu, czy dźwięków gitary, która zawsze gdzieś jest pod ręką.

 

– I wszystkie śpiewały równo, czysto, w harmonii. Po prostu przepięknie – zachwyca się Grzegorz i na dowód włącza krótki film, który nagrał telefonem komórkowym. Zresztą, chętnych do utrwalenia tej chwili było więcej, bo na ekranie widać, że i koledzy warsztatowicze z innych krajów także sięgnęli po swoje aparaty.

 

Te przydawały się także podczas samych zajęć. Kiedy na lekcjach oprócz Paulusa Schafera pojawiali się także inni „bogowie” gypsy swingu, bo warsztaty prowadzili także Fapy Lafertin i Noushe Rosenberg – aparaty od razu szły w ruch. Każdy z uczestników chciał sobie zrobić zdjęcie z mistrzem.

 

– Niespodziewanie wpadli do nas Stochelo i Mozes Rosenberg, Figeli Prisor, bo okazało się, że oni też mieszkają w okolicy – wymienia kolejne nazwiska swoich idoli, których mógł zobaczyć na żywo. – I znowu musieliśmy zbierać szczęki z podłogi – śmieje się. – Dla nas to było niesamowite przeżycie, bo oni wszyscy są genialnymi instrumentalistami – na samo wspomnienie koszaliński muzyk znowu się ekscytuje; widać ten charakterystyczny błysk w oku. I włącza kolejny film.

 

Tym razem nagrany już podczas warsztatów, kiedy to jeden z mistrzów widząc, że Grzegorz w mig łapie wszystkie zagrywki, zaprosił go na indywidualną lekcję, by pokazać kolejne ćwiczenie. – I oni grają tak niesamowicie cały czas. Od niechcenia – mówi, kiedy na ekranie widać ręce gitarzysty, który gra bardzo szybką solówkę. – Za rok znowu muszę do nich pojechać. Mam przynajmniej taką nadzieję… – zawiesza głos porozumiewawczo spoglądając na stojącą obok żonę.

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

 

Komentowanie wpisu jest wyłączone.