platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #36. Sasha Boole / Dool / Kiev Office

Trzy razy gitarowo, ale różnorodnie. Sasha Boole z albumem „Golden Tooth”, Dool i „Here Now There Then” oraz „Modernistyczny horror” zespołu Kiev Office.

Łyk 1. Sasha Boole na swoim krążku „Golden Tooth” czaruje od pierwszego utworu. Zaczyna dźwiękami kobzy i szeptem płynnie przechodzi do gitarowego spokojnego, bajkowego „Play and Pray”.

Kolejny – udziałem pianina i banjo – tylko potwierdza ucho wyczulone na proste, ale ciekawe melodie tego obracającego się w kręgach miejskiego folku i americany muzyka z Ukrainy. Pochodzenie słychać w akcencie wyśpiewywanych angielskich wersów i w wykonanym w ojczystym języku utworze w countrowym klimacie.

Dalsza część płyty to kolejne oszczędne w dźwięki kompozycje oparte na dźwiękach gitary akustycznej. Od czasu do czasu towarzyszy im harmonijka ustna („Not The Place Where I Belong”), kobiecy wokal („By The Sea”), albo… nic i nikt poza Sashą i jego gitarą („Left Behind”). Choć muszę przyznać, że bardziej przekonują mnie te z bardziej rozbudowanym instrumentarium – „I Know For Sure” i „Down By The Riverside”. Ten ostatni to już w zasadzie pop rockowa piosenka, w sam raz do radia. I cieszyłbym się, gdyby takie utwory w eterze się pojawiały.

 

 

Łyk 2. Zdarzyło się Wam sięgnąć po płytę dlatego, że nazwa grupy jest bardzo podobna do ulubionego zespołu? Mi się to przytrafiło przy okazji krążka „Here Now There Then” nagranego przez Dool. Nie spodziewałem się znaleźć na nim toolowej progresji (choć ostatecznie usłyszałem ją w „The Alpha”), ale po prostu dobrej muzyki. I znalazłem.

Dool gra świetnego, nieco niepokojącego rocka z melodią. Takiego, który grało się w latach 80-tych. Choć znajdzie się tu miejsce dla rock-bluesa z lat 70-tych w „Golden Serpent”, zimnej fali w pierwszej części „Oweynagat” i metalu w zakończeniu, czy heavy w „In Her Darkest Hour”. Nie ukrywam – największą robotę odwala tu świetnie brzmiąca wokalistka, która nie bawi się w przesadne ozdobniki, zawijasy i przeciąganie (ostatnich) sylab. Tylko – i aż – śpiewa. I idealnie wpisuje się w to, co koledzy grają na gitarach.

Tylko cały czas zastanawiam się nad tym, kto wpadł na pomysł, by album zacząć 10-minutowym „Vantablack”. Takie numery (od razu powiem, że jest świetny!) przecież pcha się na koniec płyt.

Łyk 3. O, wariaty! Prawdziwe muzyczne wariaty z tych Kiev Office. I choć nie jestem specjalnym fanem muzycznych wygłupów to czuję, że „Modernistyczny horror” będzie dość często grał mi w uszach.

 

Bo przede wszystkim to bardzo porządnie zagrana rockowa płyta. Trochę noise’owa w „Makłowiczu w podróży”, punkowa w „Lekcji 1”, transowa i szamańska w „Daj mu jeść”, przebojowa w „Cafe Santana”. A jej wariactwo wynika nie tyle z muzycznej różnorodności, ile z surrealistycznych opowieści o spacerach i ukrywaniu się w krzakach w numerze „Obręby rewiry”, o jedzeniu domów w „Daj mu jeść”, o „Anonimie spod ziemi”, albo zaskakuje refleksją, że herbata z masłem pita w Tybecie nie smakuje jak ostatnio.

Najlepsze w tej płycie jest to, że przy całym surrealizmie jest miejsce na melancholię przy „8 lat w Tybecie”, czy instrumentalnej „Szybkiej strefie samotności”. To najpiękniejsze momenty na tym albumie.

> Kiev Office „Modernistyczny horror” na nasiono.net

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.