platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #33. Deivos / Mean Messiah / Ur

I znowu trzy metalowe łyki. Pierwszy ultramocny death metalowy od Deivos („Endemic Divine”), drugi industrialny – Mean Messiah („Hell”), a trzeci black metalowy Ur („Hail Death”).

 

Łyk 1. „Endemic Divine”, najnowsza płyta lubelskiego Deivos jest agresywna, szybka, konkretna, technicznie dopracowana, jak na death metal przystało. To zło w czystej postaci. Dlatego jest taka dobra.

 

Zespół niemal całkowicie zrezygnował z elektronicznych przerywników, których na poprzedniej nie brakowało (śladowe ilości pojawiają się np. we wstępie do „Sisters Of Mercy”, czy końcówce „Through The Eyes Of The Hangman”), za to death metalowej agresji znowu jest odpowiednio duża dawka, jak choćby w niesamowicie rozpędzonym „Apeiron”. Prędkości nie brakuje też w „Dust Of The Universe”, ale ta ustępuje nieco spokojniejszemu klimatowi w środkowej części.

 

Bo nie tylko moc powala na tym krążku, ale i pomysłowość, czego wzorcowym przykładem jest „Through The Eyes Of The Hangman”. Ten niespełna pięciominutowy numer naszpikowany jest świetnymi patentami po brzegi. Jest nowoczesna wyszywanka, porządny rwaniec, i zwolnienie, i konkretna solówka popędzana podwójnym kopem. Solowe popisy miażdżą też w zamykającym album „Endemic Divine”, w którym muzycy pokazują, że nie boją się dłuższych, bo ponad siedmiominutowych kompozycji.

>> Deivos „Endemic Divine” na SelfMadeGod

Łyk 2. Jak się okazuje, Czesi też potrafią grać industrial metal, czego dowodem jest Mean Messiah. „Hell” ma wszystko, co powinien zawierać taki krążek.

 

Sterylne, selektywne, a zarazem mocne brzmienie dzięki czemu słychać wyraźnie każde uderzenie w perkusję i struny. Techniczne, mechaniczne riffy uzupełnione elektroniką, której jest nie za dużo, nie za mało – w sam raz. No i agresywny wokal: raz skrzeczący, innym razem niższy, skandujący. Mean Messiah najbliżej do twórczości Devina Townsenda, choć jakieś echa Fear Factory też tu i ówdzie da się usłyszeć. O Static X chyba również warto wspomnieć.

 

Mimo dość nachalnych momentami podobieństw do wyżej wymienionych po „Hell” sięgałem już nie raz. I zakładam, że szybko o tym krążku nie zapomnę. Również dzięki niespodziewanym wstawkom: folkowej w „Saltatio Mortis” i nieco operowej/teatralnej w „The Last Ride”. A nie dorzucenie bonusa „Remedy” do płyty uznałbym za zbrodnię. Ten instrumental jest pełen świetnych riffów.

>>> Mean Messiah „Hell” ma Via Nocturna

Łyk 3. Nie będę ukrywał, że na „Hail Death” zespołu Ur zwróciłem uwagę ze względu na sposób wydania. W trzyskrzdełkowym digipacku można bowiem znaleźć w połowie przezroczystą płytę, która lustro ma tylko w części tłoczonej.

Takie szczegóły cieszą oko kolekcjonera, ale nie dla samego wydania kupiłem ten krążek, a dla muzycznej zawartości. A zespół z Leszna gra klimatyczny black metal w tempach raczej umiarkowanych (otwierający płytę „A Dying Star”). Choć oczywiście i blasty i pędząca podwójna stopa (np. w „Let The Darkness Come”) się tu znajdzie. Ale obok nich – zwolnienia tempa. Siła Ur leży też w tych bliskich doom metalowi melodiach z „Total Inertia”, którym towarzyszą thrashowe riffy i… przejścia z growlu na czysty wokal.

Bez dwóch zdań to kawał dobrego metalu. Może jeszcze nie idealnego, ale jest tego zapowiedź w ostatnim na płycie „Infinity”. Zdecydowanie najlepsza kompozycja na płycie: gdzie jest i moc, i blackowy mrok, i zapadający w pamięć riff.

>>> Ur „Hail Death” na Arachnophobia Records

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.