platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #32. Bacteryazz / Me And That Man / Mrozu

Trzy różnorodne łyki muzyki, ale w gruncie rzeczy wszystkie trzy gitarowe. Koszaliński Bacteryazz z albumem „Nowy stan”; Nergal i John Porter, czyli Me And That Man na płycie „Songs Of Love And Death” oraz Mrozu i jego „Zew”.

Łyk 1. Przed wydaniem swojego drugiego albumu chłopaki z Bacteryazz zapytali, czy GraMuzyka nie chciałaby zostać patronem albumu. Nawet podesłali kilka numerów do odsłuchu. Próbka „Nowego stanu” okazała się obiecująca, a po odsłuchu całości cieszę się, że logo bloga widnieje na okładce, bo to świetny album.

 

Drugi długograj koszalińskiej rockowej ekipy jest lepszy pod każdym względem od debiutanckiego „Za drzwiami”. Czuć, że numery były aranżowane, układane w przemyślany sposób. Mają swoją dramaturgię, także dzięki dobrze rozegranym wokalom: role, chórki, okrzyki, wyciszenia. Brzmienie zespołu bardziej zdecydowane, klarowne, pełniejsze. A i sama muzyka mocniejsza. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy Bacteryazz gra jeszcze rocka, czy już metal.

 

Moje najbardziej ulubione momenty na płycie to „Odmieniec” z „jest mooOOOoooOc” w refrenie (niby taka prosta harmonia, a jak zostaje w głowie); „Stan świadomości” z dialogiem, wymianą słów „KTOŚ! Protestuje. KTOŚ! Organizuje” i skandowaniem „Żyjemy! Marzymy!” (jak ludzie już będą znać ten numer, to będzie ogniście śpiewany na koncertach – wierzę!); no i „Zapomnieć” – jakby Alice In Chains połączyło siły z Ozzym Osbournem. To dzięki gitarowemu riffowi i gościnnemu udziałowi Mechagodzilli. Nie zapomnę też o balladzie „Wiadomość w butelce” (tu gościnnie Jola Tubielewicz).

 

Polecam. I nie piszę tylko tego dlatego, że to zespół z Koszalina. Gdyby ta płyta dotarła do mnie od anonimowego zespołu, jarałbym się tak samo.

 

Łyk 2. Album „Songs of Love and Death” dla fanów Johna Portera nie będzie żadnym zaskoczeniem. Dla fanów Adama Darskiego i Behemotha – olbrzymim.

 

No bo jak to? W muzyce Me And That Man pobrzmiewa gitara akustyczna, a jeśli elektryczna to z przesterem dalekim od diabelskiego. No i te piosenki krążące wokół bluesa i country wspomagane harmonijką ustną, akordeonem, skrzypcami, czy organami Hammonda. Dziecięcym chórkiem, albo kobiecym wokalem. A do tego to niesamowicie proste piosenki. Bywa, że nie dość, że oparte na jednym riffie, to jeszcze na tak klasycznym rytmie, iż trudno się pozbyć wrażenia „ja to słyszałem w niejednym utworze”.

I w tym chyba tkwi piękno tej mrocznej płyty. W jej monotonni, w jej brudzie, w jej nieskomplikowanej formule pełnej powietrza. Tego muzycznego. Ale o prawdziwej mocy będzie się pewnie można przekonać na żywo. Poszedłbym.

 

Łyk 3. Gdyby jeszcze niedawno ktoś powiedział mi, że będę z przyjemnością słuchał płyty Mroza, to zwyczajnie bym nie uwierzył. I dalej bym nie słuchał, gdyby nie polecenie od kolegi, którego gust szanuję i często kupujemy te same albumy. Jeśli więc i Ty przynajmniej czasem podzielasz moje zdanie w kwestii muzyki to zaryzykuj i odpal „Zew”.

 

Po co? By usłyszeć połączenie portisheadowskiego trip-hopu z niemenowską manierą w głosie w „Duchu”, retro rockowanie w „Planie B”, bluesowe błądzenie we „Mgle”, a w „Przelocie” i „Rewolucjach” popu rockiem w stylu Kravitza przeplatanie. W ogóle to bardzo gitarowy album, by wyróżnić przy tej okazji choćby „Houston”, a do tego niesamowicie przebojowy, świetnie zaaranżowany i wykonany. No wart podkreślenia brak banału w tekstach.

 

A że takie muzyczne skojarzenia przy słuchaniu „Zewu” się nasuwają? Nic w tym złego. Ta nowa odsłona Mroza jest bez porównania lepsza od starej, tańszej wersji Justina Timberlake’a.

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.