platforma blogowa portalu głos koszaliński

Projekt Wróbel zagrał w pubie Z Innej Beczki [relacja]

Projekt Wróbel,który wystąpił w koszalińskim pubie Z Innej Beczki zachwycał różnorodnością. I choć awangardy nie da się zrozumieć, to na pewno trzeba ją przeżyć, żeby wiedzieć co się traci.

22. edycja Jazzu w Beczce po raz kolejny uświadomiła mi fakt, że Koszalin nie jest podatnym gruntem na awangardę, jednakże tutejsza nielicznie zgromadzona publika jest niezwykle wdzięcznym odbiorcą wszelkich eksperymentów i chłonie każdy, nawet najcichszy dźwięk. A takich było w czwartek sporo.

 

Projekt Wróbel zachwycał różnorodnością. Przyjemnie było posłuchać piosenek ze wzruszającymi, snującymi się melodiami, choć bardziej do gustu przypadły mi tzw. fryty – czyli wszelkiej maści zgrzyty, dysonanse i dysharmonie pozornie nieokraszone rytmem.

 

“Music is everywhere” – ucieleśnieniem tytułu była pierwsza kompozycja, rozwijająca się od piano pianissimo, płynnie przechodząc w “Two Weeks”. Początek koncertu wyraźnie skręcał w stronę improwizacji i opierał się na wymianie spojrzeń potwierdzających lub negujących przejście w kolejną przestrzeń dźwięków. Ostatni utwór pierwszego seta to kompozycja Pawła Grzesiuka (basisty) – “Lars”. Tu dla odmiany mieliśmy kompozycję uschematyzowaną, wciągającą jednak nie mniej niż rozimprowizowany początek koncertu.

 

Krótka przerwa. W głośnikach wybrzmiewa The Cinematic Orchestra, jest czas na zamówienie kolejnego piwa i moment rozprężenia, ochłonięcie z emocji.

 

Po ok.15 minutach muzycy wrócili do swoich instrumentów. “Nobleman Trip” i “The Oldman on time” na początek. Na olbrzymie uznanie zasługują partie Tomka Licaka, który przy statywie miał rozstawioną istną elektrownię efektów i zgrabnie ją wykorzystywał do modyfikowania dźwięków (często i zwykłych szumów) saksofonu. Po tych dwóch utworach padło hasło: “Dobra, koniec tej zabawy”.

 

I tu Panowie trafili w moje osobiste sedno: rzężący bas przywodzący skojarzenia z King Crimson oraz solo perkusyjne, jakiego w swoim życiu wcześniej nie doświadczyłem. Miałem wrażenie, że Maciej uderzając stopą w centralę gra na niej melodie, coś niesamowitego! Każdy akcent mimowolnie wykrzywiał mi twarz w grymasie uznania, nogi podrygiwały w nieznanym rytmie. Porywające!

 

Na koniec kompozycja “Grief” – pierwsza w historii stworzona przez Projekt Wróbel, była kojącą przeżyte emocje quasi-balladą niczym balsam na nadwyrężone zwoje mózgowe po kwaśnych tripach.

 

Liczba publiczności: ok. 10 osób. Uczniowie szkoły muzycznej (z darmowym wejściem): 2.

Maciej Wróbel wracający do Koszalina z koncertem po ponad 20 latach: zadowolony i szczęśliwy.

 

Awangardy nie da się zrozumieć, ale na pewno trzeba ją przeżyć, żeby wiedzieć co się traci. A już na pewno w Beczce, gdzie kliknięcie na efekt bywa głośniejsze niż werbel, a dźwięk saksofonu naturalnie i bez frontowych głośników leci w przestrzeń przypominając o tym, co najważniejsze w muzyce – o PRAWDZIE.

 

Kuba Staniak

Zostaw komentarz