platforma blogowa portalu głos koszaliński

Kuba Staniak [WhoIsWho]: Bardzo mocno identyfikujemy się z Koszalinem [wywiad]

Kuba Staniak, klawiszowiec i wokalista koszalińskiego zespołu WhoIsWho o najbliższych koncertach (w tym w Jazzburgercafe w Koszalinie), o Koszalinie, w którym mieszka od dwóch lat i o piosence, której głównym bohaterem jest to miasto.

 

Kuba Staniak - WhoIsWho / fot. Wojciech Miklaszewski / rock3miasto.pl

Kuba Staniak – WhoIsWho / fot. Wojciech Miklaszewski / rock3miasto.pl

 

 

Wasz najnowszy utwór „Tu i teraz” to zapowiedź czegoś większego? Znak, że pracujecie już nad drugą płytą?

To raczej taki luźny numer. Nie mamy – póki co – materiału na drugi pełny album. Mieliśmy jednak świadomość, że od dłuższego czasu nic nowego się nie pojawiło, więc chcieliśmy dać ludziom coś, na czym mogliby zawiesić ucho. Przy okazji też zmobilizować siebie do działania, do robienia nowych rzeczy. To również podziękowanie dla ludzi, którzy cały czas są przy nas i cały czas nas mobilizują do tego, żeby nie odpuszczać.

 

To jedyny Wasz nowy utwór, czy jest ich więcej i będzie je można usłyszeć podczas jesiennej trasy WhoIsWho?

Utworów oczywiście mamy więcej i wszystkie będzie można usłyszeć właśnie podczas tych koncertów. Poza tym co jest nagrane na płycie, mamy cztery nowe kawałki. To niewiele, ale komponowanie idzie nam teraz o wiele wolniej, niż przy powstawaniu pierwszego krążka, ale ci, którzy słyszeli te nasze nowe wypociny podczas ostatniego koncertu w Gdańsku, mówili, że nowe są dużo lepsze. Dobrze to słyszeć.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=OJcA164ZBtY[/youtube]

W październiku będzie Was można zobaczyć na żywo w Koszalinie w klubie Jazzburgercafe. Gdzie jeszcze zagracie?

Przede wszystkim po raz drugi jedziemy jako goście na trasę wspólnie z Romantykami Lekkich Obyczajów (Kuba gra w tym zespole na klawiszach – dop. aut.) w ich trasę Morfeusz, bo właśnie wypuścili nowy singiel zapowiadający trzecią płytę grupy. Potwierdzone miasta to Warszawa, Łodź, Toruń, Wrocław i Olsztyn. Jeśli chodzi o samo WhoIsWho to na pewno zagramy w grudniu w Gdańsku z zaprzyjaźnionym zespołem z Zielonej Góry – Bezsensu.

 

W Koszalinie graliście już nie raz, ale pierwszy raz jako główny zespół.

Tak. Czekaliśmy na ten moment, długo się zastanawialiśmy, kiedy to powinno być i czy to już. Staraliśmy się też wcześniej ograniczyć nasze granie w Koszalinie, żebyśmy nie grali tu np. co dwa miesiące, bo to byłoby bez sensu. Dużo dobrych słów usłyszeliśmy od Huberta (Hubert Wysocki – prowadzący klub Jazzburgercafe – dop. aut.) po koncercie charytatywnym dla Damiana Paszkowskiego, który zorganizowaliśmy w Jazzburgerze i powiedział, że chętnie by nas ponownie ugościł na koncercie klubowym. Pomyśleliśmy, że to świetny pomysł, on z kolei dał nam otwarte drzwi co do daty, ot i cała filozofia – gramy 22 października w Jazzburgercafe z The Same w roli supportu.

 

Koszalinianinem jesteś od niedawna, ale – jak właśnie mówisz – Koszalin bardzo życzliwie Cię przyjął.

Dwa lata tu mieszkam i już czuję się jakbym mieszkał tu od zawsze. Od pierwszego postawienia tu nogi, kiedy przyjechałem, żeby poznać Mamę mojej przyszłej wtedy jeszcze żony – wydawało mi się, że to dobre miasto. I naprawdę nie mówię tego tylko dlatego, że  pracuję w miejskiej placówce kulturalnej i wypada mi tak mówić. Nigdy, nawet przez chwilę nie pomyślałem, że  to nudne miasto, w którym się nic nie dzieje. Dzieje się tu cała masa ciekawych rzeczy, a ja zawsze oceniałem każde miasto pod względem tego, czy dzieje się w nim dużo kulturalnych wydarzeń i czy pod tym względem miasto ma mi wiele do zaoferowania. Może nie ma u nas takich koncertów i wydarzeń, jak w Gdańsku czy Poznaniu, ale nie ma co narzekać. Trzeba samemu odnajdywać ciekawe rzeczy i wtedy okaże się, że jest w czym wybierać i nie starczy Ci czasu, żeby wybrać się na wszystko, co sobie zaplanowałeś.

 

Napisałeś nawet utwór o Koszalinie i obraz tego miasta wcale taki słodki nie jest, jak teraz mówisz.

A to akurat taki mały pstryczek dla ludzi, którzy cały czas narzekają, i którzy mówią, że tu nic się nie dzieje, i że się wyprowadzą jak tylko nadarzy się pierwsza okazja. Starałem się przemówić ich ustami, bo ja wcale nie myślę tak, jak to jest ukazane w tekście. Ci, którzy myślą podobnie do mnie, czyli w samych superlatywach na pewno będą wiedzieć, że w tym utworze nie chodzi o to, żeby miasto oczernić, ale jest w tym ukryta ironia.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=2mxVDAUDHY0[/youtube]

Próbowałem znaleźć inny utwór rockowy, którego  bohaterem, albo tłem dla opowieści byłby Koszalin i nie udało mi się. Warszawa ma ich mnóstwo, Kraków ma, Poznań też, nawet Piła. Masz świadomość, że nawet jeśli nie jest to pierwszy, to jeden z pierwszych takich utworów o naszym mieście?

Nie będę się poczuwał do roli jakiegoś odkrywcy. To po prostu wyszło, bo my też jako zespół bardzo mocno identyfikujemy się z Koszalinem. Zawsze na koncertach mówimy dwie rzeczy: jak nasz zespół się nazywa i skąd przyjechaliśmy. Żeby zwrócić uwagę, że tu też istnieje scena muzyczna i działają/działały nie tylko powszechnie znane zespoły, jak Raggafaya, czy Betrayer, ale cały czas się tu coś mieli. Może tylko lokalnie, nie na całą Polskę, ale jednak.

 

Ale mnie cały czas interesuje, jak doszło do napisania tego utworu.

Zwyczajnie, to wynikło z obserwacji. Jak przejdziesz się ulicą Zwycięstwa to pierwsze co widzisz to Związkowiec, który jest olbrzymi i na pierwszy rzut oka pusty, taki szpetny nieużytek. Poza tym ulicę zajmują lombardy, są lumpeksy i banki. Nie znalazłem niestety miejsca w tekście na apteki, a tych też cała masa. Na pierwszy rzut oka faktycznie ta główna ulica nie wygląda efektownie, nie ma gdzie wyjść. Bo gdzie pójdziesz? Do banku, do apteki? Sama nuda i nic nie pozostaje, tylko kopnąć w kalendarz.

Wracając do pytania: chciałem po prostu zadedykować Koszalinowi jedną piosenkę, ale chciałem to zrobić w przewrotny sposób. Pokazać te prawdziwe realia, ale że jednak też da się z tego miasta jeszcze wiele wycisnąć.

 

O swojej Częstochowie napisałeś kiedyś piosenkę?

Nie. Jak mieszkałem w Częstochowie do końca trwania liceum, w ogóle jeszcze nie myślałem o tym, żeby kiedykolwiek pisać teksty piosenek. W sferze tekstów Częstochowa najbardziej kojarzy się z Muńkiem i T. Love. W końcu śpiewał o Mieście Świętej Wieży. Samo to sformułowanie brzmi świetnie i lepiej nikt tego nie zrobi.

 

I o IV Liceum Ogólnokształcącym z tego miasta też zaśpiewał.

A to akurat moje liceum. Nawet przez te lata, jak się tam uczyłem, to Muniek każdego roku odwiedzał szkołę i można się było z nim spotkać. A ja durny zakuty black metalowy łeb uważałem wtedy, że T.Love jest ‘soft’ i nigdy na takie spotkanie się nie wybrałem. Najgorzej.

 

A Olsztyn skąd się wziął w Twoim życiu? No i zespół Romantycy Lekkich Obyczajów?

W Olsztynie studiowałem. A cała trwająca do teraz przygoda z graniem zaczęła się od tego, że kiedyś tańczyłem i śpiewałem w Zespole Pieśni i Tańca „Kortowo”, gdzie na skrzypcach grał Michał Baranowski, a na kontrabasie Adam Miller, z którymi grałem w swoim pierwszym zespole Fade Out. W międzyczasie Adam z Damianem Lange założyli Romantyków i w pewnym momencie, jak chcieli zacząć granie na żywo, zaprosili mnie do wzięcia permanentnego udziału w tej szalonej karawanie i takim cudnym trafem tkwię w tym do dziś.

 

Skoro już jesteśmy przy RLO, to trzeba się pochwalić, że razem z nimi wystąpiłeś na małej scenie Przystanku Woodstock, która wcale taka mała nie jest.

No właśnie, z małością nie ma to nic wspólnego! Kilka tysięcy ludzi było na naszym koncercie! Odkąd pierwsze dźwięki zacząłem generować z Fade Out moim marzeniem było zagranie na takim dużym festiwalu. Było to więc po prostu nie mniej, nie więcej jak właśnie spełnienie moich marzeń. Po drugie, to też w pewnym sensie punkt zwrotny dla zespołu i dla samego Ciebie, po takim koncercie siadasz na schodach i myślisz „no dobra, udało się. Co dalej?”.

 

 [youtube]https://www.youtube.com/watch?v=M0GRER9YSxs[/youtube]

Na przykład zagrać z WhoIsWho na Przystanku Woodstock.

Och, ta myśl pojawiła się od razu! To byłoby dopiero coś! W ogóle całe to nasze granie na Woodstock było też dla mnie pewnym przewartościowaniem i zmianą myślenia, bo wcześniej – muszę przyznać ze skruchą – psioczyłem trochę na ten festiwal. Jako ortodoksyjny metalowiec, który chodzi na koncerty kapel, które raczej nie pałają miłością do świata, to było gadanie, że to sami pacyfiści, że brudasy, wiadomo – taka nagonka dla zasady. Gadałem tak mimo, że nigdy tam sam nie byłem. Pojechałem i przekonałem się, że jest zupełnie inaczej. Trochę ze wstydem przyznaję, że niepotrzebnie źle patrzyłem na Przystanek Woodstock. A tam naprawdę są ważne tylko (i aż) trzy rzeczy: miłość, przyjaźń, muzyka. I tak jak mówią – jest to najpiękniejsze miejsce na Ziemi na te trzy dni.

 

Wróćmy jeszcze do Koszalina. Gdybyś mógł – jako nowy mieszkaniec tego miasta spoglądając na nie świeżym okiem – wymienić trzy najlepsze, najbardziej wartościowe rzeczy, za które można z miejsca pokochać Koszalin. Co to by było?

Ale to będzie maksymalnie subiektywne, ok? Przede wszystkim uwielbiam koszalińskie lumpeksy. Serio! Odkąd tu mieszkam prawie nie kupuję nowych rzeczy, tylko właśnie ubieram się w second handach. Są absolutnie najlepsze. Po drugie – świeże powietrze. Naprawdę je czuję, choć wynika to pewnie z tego, że pochodzę ze Śląska, gdzie różnie z tym bywa. Oczywiście nie jest tak, że jadę do Katowic i muszę ciąć smog nożem, ale musi być coś na rzeczy, że przyjeżdżając tu po paru dniach nieobecności pierwsze co czuję, to że w końcu oddycham. Bliskość morza jest też wartością nie do przecenienia, bo dotychczas kojarzyło mi się tylko z wakacjami, a teraz jest na co dzień. A trzecie? Rozmiar miasta i adekwatnie do jego wielkości rzeczy, które się w nim dzieją.

 

A te złe? Jeśli takie są.

Nie chcę tak na siłę szukać. Ale dobra. Chciałbym, żeby kulturalnie to miasto bardziej żyło – nie chodzi tu o ilość imprez, ale o to, żeby więcej ludzi wychodziło wieczorem z domów i brało udział w wydarzeniach, które tu się odbywają.  A z takich rzeczy raczej nie do osiągnięcia, to przydałaby się tu starówka. Takie parę ulic, czy plac, gdzie toczy się kulturalne życie. Tego nie ma. W takim Olsztynie jest i to bardzo dużo daje. Poza tym najbardziej mi brakuje sceny black/death metalowej i koncertów w Inferno Cafe. Metal kończy się w Koszalinie na Materii i Panterze, a mi brakuje takiego Infernal War, Brudnego Skurwiela czy Furii, żeby raz na jakiś czas pozamiatały miasto. Mam nadzieję, że śmiercionośne granie powróci jeszcze nad Dzierżęcinkę i ku naszemu zdumieniu okaże się, że ma ono w Koszalinie tłumy zwolenników i zawiąże się nowy zalążek ekstremalnej sceny.

 

Pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.