platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #20. Bedowyn / Nova Cycle / Deftones

Potrójna dawka metalu. „Blood Of The Fall” od Bedowyn, debiut Nova Cycle i kolejna płyta Deftones.

3LM20

bedowynŁyk 1. Jaki perkusista, taki zespół – te słowa przypomniały mi się przy okazji „Blood Of The Fall” amerykańskiego Bedowyn. Bez wątpienia ich doom / stoner metalowe kompozycje mają w sobie tyle mocy dzięki Marcowi Campbellowi. Rewelacyjnie zagęszcza atmosferę mieszając na kotłach, co słychać już w otwierającym album „Rite To Kill”, „Leave The Leaving… For Dead”, czy „Where Wings Will Burn”.

 

W samej muzyce słychać wpływy. Najczęściej pojawiające się porównanie to Mastodon. I Baronness. Pewnie ze względu na tę charakterystyczną melodyjność i pewną metalową przebojowość, którą Alex Tarboulsi od czasu do czasu doprawia po swojemu black metalowym wokalem rezygnując z „czystego brzmienia” zachrypniętego gardła (najbardziej słyszalne w „Halfhand”). Jako psychofan Toola dorzuciłbym od siebie jeszcze słyszalne inspiracje tym zespołem w „Lord Of The Suffering”. I – tak na marginesie – do akustycznych gitarach od czasu do czasu chłopaki lubią zasiąść, i zagrać piękną melodię („For A Fleeting Moment” i pierwszej części wymienionego wcześniej „Where Wings…”), by dać słuchaczowi chwilę odpoczynku.

 

Krótko mówiąc – „Blood Of The Fall” Bedowyn to rewelacyjny metalowy krążek, którego słucha się dobrze od początku do końca. Póki co, jeden z najlepszych wydanych w 2016 roku, jaki słyszałem.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=6yVz2Ix9Rew[/youtube]

 

nova-cycleŁyk 2. Już jakiś czas temu zauważyłem, że w metalowym graniu bardziej niż dopieszczone brzmienie i komputerowa precyzja kręci mnie brud. I to główny powód, dla którego nie mogę odczepić się od Nova Cycle z Los Angeles. No i jeszcze świetna klasyczna stoner/doomowa energia (kompletnie inna, niż opisanego wyżej Bedowyn).

 

„Klasyczna” to w tym przypadku słowo kluczowe, bo patenty na tym krążku na pewno słyszeliście już na innych stonerowych albumach sprzed 15 lat. Trzeba jednak przyznać, że potrafią z nich – np. w oleistym, błotnistym obdarzonym elegancką solówką „Shine”, czy „Ear Worm” – odpowiednio skorzystać. I zagrać ultra miażdżące riffy. Kiedy dotrzecie do drugiej minuty w „Long Road” będziecie wiedzieli o co mi chodzi.

 

 

Jest jeszcze jeden powód. Zachrypnięte, a może bardziej przepite i przepalone gardło wokalisty. Nawet jeśli czasami nie wyrabia na zakrętach, w otwierającym album „Metropolis” choćby. I mam wrażenie, że te fałsze nie zostały poprawione celowo.

 

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=lQc8uwvPoFk[/youtube]

deftonesŁyk 3. „Gore”, ósma płyta Deftones wydaje się być najbardziej melodyjnym krążkiem w historii zespołu. Mrocznym, niepokojącym i pięknym jednocześnie. Mocnych, miażdżących niskim brzmieniem numerów co prawda nie brakuje, ale zawsze rozmywane są jakimś melodyjnym wątkiem.

 

W pierwszej części płyty dostałem kilka przesterowanych ciosów. Najmocniejszy na płycie „Doomed User” z ciężkim walcem w zwrotce i charczącym Chino robi wrażenie, ale już harmonie w refrenie wprowadzają spokój. Podobnie w bardzo energicznym „Geometric Headdress”. Ale taki „Prayers/Triangle” zdecydowanie rozpoczyna się spokojnie, atakując dopiero w drugiej części numeru.

 

I właśnie dla tych melodyjnych momentów warto mieć tę płytę. Bardzo spokojny, nastrojowy „Hearts/Wires” jest po prostu przepiękny, a refren od razu zostaje w głowie. Podobnie jest z „(L)MIRL”. Albo „Xenon”, przesterowany, ale bardzo melodyjny. No i absolutnie genialny „Phantom Bride” z pierwszą historii Deftones pełnoprawną solówką (zagraną przez Jerry’ego Cantrella z Alice In Chains).

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=Aztiwn17vpE[/youtube]

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.