platforma blogowa portalu głos koszaliński

Trzy łyki muzyki #17. Humm / The Sixpounder / Mgła

Metalowo. Włoski Humm z „Sanctuary”, The Sixpounder z Wrocławia i ich „True To Yourself” oraz genialny black metalowy album „Exercises In Futility” Mgły.  

3LM17

hummŁyk 1. Pierwsze skojarzenie przy odsłuchu „Sanctuary” włoskiego Humm (za którym stoi jeden człowiek – Fabio Gatto) to: „Swansong” Carcass i „Meir” od Kvelertak. Granie co prawda inne, ale podejście do metalu podobne, bo rock and rollowe.

 

Już przy „He Sank Into The Scented Undergrowth” i „Aspen Blaze” mocny, charczący wokal (interesująco dublowany) towarzyszy wyraźnie rockowym, bujającym gitarowym riffom i takiej perkusji. Ok, może jeszcze ultra metalowo podwójny kop młóci diabelsko, szczególnie w końcowej blackowej części tego drugiego. Są i pewne elementy elektroniki we wstępie do 10–minutowego „And So She Wanders” opartego w zasadzie na jednym riffie – z małym wyjątkiem. Podobną długość ma „A Graveyard Of Stars” ale tu autor zbudował utwór na kilku wątkach. W kolejnym numerze na „Sanctuary” zrobiło się trochę progresywnie.

 

Naprawdę świetna płyta. Rzekłbym nawet idealna, gdyby nieco niezrozumiały dla mnie około bluesowy przerywnik w połowie „And So She Wanders”. No i spokojnie można by było zrezygnować z intra do płyty. Nic by na tym nie straciła.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=FcmwZA8h7HM&list=PLr7XaRkhLzQna6g1nRpiUfqW_HK4zswkG[/youtube]

* * *

the-SixpunderŁyk 2. Zawsze wydawało mi się, że łabędzie śpiewają, kiedy się żegnają. Tymczasem „Swan Song” (łabędzi śpiew) otwiera najnowszą płytę The Sixpounder zatytułowaną „True To Yourself”.  Ale trzeba przyznać, że taki łagodny numer idealnie nadaje się na wprowadzenie do krążka pełnego mięsistych metalowych riffów.

 

Tytułowy numer niesamowicie kopie pędzącą podwójną stopą. „Forever Yours Together ‘Till The End” i “We All Die In The End” bujają średnimi tempami. „The Past” do slipknotowej estetyki wprowadza drobne elementy elektroniki, “Bipolar Disorder” wyraźnie czuć klimatami w stylu Meshuggah, a „Wrath” czaruje akustycznym wstępem. Niemal każdy z tych numerów z kilkoma muzycznymi wątkami, zmianami temp i klimatów. I aż prosi się, żeby i Filip częściej sięgał po czysty wokal przy bardziej melodyjnych momentach. Bo rozbicie mocnych numerów basową balladą „Skeletons”, czy założenie płycie nastrojowej klamry utworami „Swan Song” i „Hate” daje co prawda chwilę na odpoczynek od przesterowanej rzeźni, ale wykorzystanie umiejętności wokalisty w przechodzeniu z charczenia na czysty śpiew w zasadzie jedynie w „I’m Gone” to trochę mało. Tym bardziej, że melodyka refrenów w „We All Die…”, „Deep Down Below” i „MVP” aż się o to proszą.

 

Ale to chyba jedyny niewielki zarzut do tego materiału. Bo to naprawdę kawał świetnie podanego nowoczesnego metalu.  Trzeba iść 23 kwietnia 2016 r. do koszalińskiego Jazzburgercafe i sprawdzić ten materiał na żywo.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=GUnaFpD4b6o[/youtube]

* * *

mgla-exercises_in_futilityŁyk 3. Dość często zdarza mi się trafić na dobre i bardzo dobre płyty metalowe, czego przykładem są  dwa powyższe krążki. Genialne – jak to w życiu bywa – pojawiają się tylko raz na jakiś czas. I to często z zupełnie niespodziewanej strony. „Exercises In Futility” Mgły zaliczam właśnie do grupy geniuszy, a jest to dla mnie niespodzianka, bo w black metalu do tej pory wiele ciekawych dźwięków nie znajdowałem.

 

Tu wszystko idealnie się zgadza. To muzyka oparta na mrocznych i przepięknych zarazem harmoniach, powtarzanych w kółko hipnotyzujących gitarowych riffach, przerażającym wokalu i rewelacyjnej perkusji. Już samym wstępem do drugiego utworu (Mgła nie zaprząta sobie głowy nadawaniem swoim kompozycjom tytułów) bębniarz zyskał sobie mój dozgonny szacunek. A kiedy jeszcze wsłuchałem się w to, jak używa blach – odpłynąłem. No i to brzmienie. Niesamowicie naturalne, analogowe, nie przepakowane elektroniczną obróbką.

 

To krążek niesamowicie równy od pierwszego do ostatniego dźwięku. Choć pamiętam, że przy jednym z pierwszych odsłuchów największe wrażenie zrobił na mnie niesamowicie transowy, trwający nieco ponad osiem minut utwór nr 5. I dla mnie mógłby trwać ze dwa razy dłużej. A w którym momencie pada tytuł albumu? To ostatnie trzy słowa na płycie. Po nich zalega cisza, a człowieka korci, żeby znowu wcisnąć przycisk „play”.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=TvGPAVTYfXI[/youtube]

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@polskapress.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.