platforma blogowa portalu głos koszaliński

Recenzja: Administratorr Electro „Sławnikowice / Zgorzelec 17:10”. Intymne historie

Administratorr Electro i jego „Sławnikowice / Zgorzelec 17:10” zrobiły ze mną coś dziwnego. Za sprawą bardzo osobistych, wręcz intymnych historii opowiedzianych na tym krążku sam zacząłem swego rodzaju podróż do przeszłości.    

 

Administratorr Electro

Administratorr Electro

Administratorr ostatnimi czasy cierpi najwyraźniej na nadmiar twórczej weny. Po „Piosenkach w kaftanie”, czyli fonograficznym debiucie z 2010 roku nastąpiła co prawda mała przerwa, ale za to w 2013 roku wydał aż dwa albumy: w lutym „Piosenki o Warszawie” nagrane wspólnie z Lesławem z zespołu Komety, a we wrześniu „Powierzchnie wspólne”. Niewiele ponad rok później, w listopadzie 2014 wyskakuje z projektem Administratorr Electro, z albumem „Sławnikowice / Zgorzelec”.

 

 

Słuchając tej płyty stało się ze mną coś dziwnego. Zacząłem szukać w głowie wspomnień z czasów dzieciństwa i czasów studenckich: szkolnego wyczekiwania na długą przerwę, biegania z tornistrem na boisko, by te kilkanaście minut pograć w piłkę; robienia łuków z gałęzi i zabawy w „małpim gaju”, wtedy nie był nim park linowy, a zapuszczony sad; zajadania się dzikimi jabłkami, gruszkami i mirabelkami; gry w chowanego, cegiełki i podchody; pierwszych, długich rozmów z koleżankami i skrytego podkochiwania się w co niektórych; pierwszych tanich win i piwa pitego w zakamarkach parku. No i pierwszych miłości.

 

Dlaczego? Bo i sam Bartosz Marmol, czyli Administratorr, na płycie „Sławnikowice / Zgorzelec 17:10” cofa się w czasie i opowiada historie z czasów dawno minionych. – Jest to podróż w czasy końca ubiegłego wieku do prowincjonalnej polskiej krainy w której przypadło mi roztrwonić bezpowrotnie i z przyjemnością własną młodość – mówi o swoich tekstach Marmol.

 

Po odsłuchaniu „Sławnikowice / Zgorzelec” mam wrażenie, że choć – jak zakładam – są to bardzo prywatne, intymne, historie samego Administratorra, to wiele z nich jest niemal bliźniaczo podobnych do tych z życiorysów wielu ludzi z roczników drugiej połowy lat 70-tych i początku lat 80-tych.

 

Te najwcześniejsze wspomnienia szkolne przywołały „Tylko nie w szczepionkę” i „Dżdżownice”. I przyznajcie sami, czy nie pamiętacie strupów na ramionach po zastrzyku higienistki i obawy, by ten strup nie odpadł po jakimś mniej lub bardziej celowym uderzeniu? Albo wspólnego namawiania się do zjedzenia jakiegoś oślizgłego robala?

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=2ZIWi_6w8M0[/youtube]

 

W tym ostatnim pojawiają się już zresztą także pierwsze fascynacje płcią przeciwną, która w różnych stadiach i różnym wieku bohatera utworów pojawiają się przez większość albumu. Jeszcze szkolna, licealna skryta miłość pojawia się w „Zgorzeleckiej”, a ta jeśli jeszcze nie dojrzała, to na pewno seksualna już w „Demonach zimy”, czy „Królu Łękocina”. W interesujący, bo dosłownie ognisty sposób swoją miłość wyraża bohater utworu „Miłość podpalacza”.

 

Trzeba tu od razu dodać, że Administratorr swoje historie opowiada bardzo ciekawym językiem, interesującym zlepkiem słów, czy skojarzeń. Upływający czas mierzy np. zmieniającym się smakiem „Pawełka” (czyli wafelka), rozstanie z dziewczyną opisuje słowami „zabrałaś swoje piersi i rower”, albo przedziwne wyznanie miłości “kocham Cię, ale weź się ubierz”.

 

Za tło do tych wynurzeń służy Administratorrowi cała elektroniczna armia pomieszana z żywymi instrumentami. W różnych proporcjach. W jednych utworach natężenie elektrodźwieków jest niemal stuprocentowe („Weź się ubierz”, „Miłość podpalacz”), w innych – jak np. w „Zgorzeleckiej”, „Nocy na klatce” przez syntetykę przebija się żywa gitara, a w „Królu Łękocina” dostajemy przede wszystkim gitarę akustyczną.

 

Jednocześnie słuchając tego albumu trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że w warstwie muzycznej sporo tu fascynacji starym Depeche Mode, wyczuwalnym przede wszystkim w „Nocy na klatce”, „S.A.D.”, czy „Miłości podpalacza”, w której można doszukać się podobieństwa do „Just Can’t Get Enough”.

 

 

W większości są tu utwory, jeśli nie mroczne, to przynajmniej ocierające się o elektro-ballady, a wesołe dźwięki można znaleźć w kilku zaledwie utworach: „Dżdżownicach”, czy otwierającym płytę „Tango Corporacione”, który może sugerować, że pod względem tekstowym album dotyczyć będzie współczesności i bardzo ogólnych społecznych historii, a nie tak prywatnych wspomnień.

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Zostaw komentarz