platforma blogowa portalu głos koszaliński

Recenzja: Decapitated „Blood Mantra”

„Blood Mantra”, najnowsza płyta zespołu Decapitated pochłonęła mnie bez reszty. Bo oto ekipa pod wodzą Vogga stworzyła album, w którym dużą część technicznych połamańców wypchnęły klimaty rodem bardziej klasycznego death metalu, z groove i thrash metalu z lat 90-tych, z wyraźnymi elementami progresji.

Decapitated - Blood Mantra

Decapitated – Blood Mantra

Kiedy w lutym 2014 roku usłyszałem „Costumes Of Technocracy” krakowskiego zespołu Thy Disease od razu wiedziałem, że to będzie dla mnie jeden z najlepszych metalowych albumów tego roku. Nie tylko polskich, ale metalowych w ogóle. I to mimo tego, że mniej więcej w tym samym czasie w sklepach pojawił się „The Satanist” Behemotha, a na przełomie maja i czerwca Vaderowy „Tibi Et Igni”. Ta dwójka najbardziej znanych na świecie polskich zespołów metalowych nie potrafiła zdobyć mnie swoją muzyką tak, jak to zrobił Thy Disease.

 

Tak było tylko do czasu, bo oto we wrześniu swój kolejny album wydał trzeci z Wielkiej Trójki Polskiego Metalu – Decapitated. „Blood Mantra” pochłonęła mnie bez reszty. Od dnia premiery, czyli od 22 września krążek ten słucham przynajmniej raz dziennie i nie mam dosyć. I przyznam, że sam jestem tym faktem zaskoczony, bo choć doceniam wkład Wacława Vogga Kiełtyki oraz jego kolegów w rozwój polskiej sceny metalowej i promocji naszego kraju na arenie międzynarodowej, to do tej pory wielkim fanem twórczości Decapitated nie byłem. Nawet ich poprzedni „Carnival Is Forever”, choć rewelacyjnie technicznie zagrany, to przez nagromadzenie technicznych zawijasów, niepoliczalnych temp i synkop potrafił momentami bardziej zmęczyć, niż zachwycić.

 

Album „Blood Mantra” to już zupełnie inna historia. Oczywiście elementy technicznego, połamanego metalu się pojawiają, ale w zdecydowanie mniejszej ilości. Zupełnie jakby muzycy z Decapitated stwierdzili, że nie trzeba już tak często popisywać się meshuggah’owymi umiejętnościami, a uderzyć z bardziej klasyczną death metalową mocą. Słychać to wyraźnie już w otwierającym album „Exiled In Flesh”, który rozpoczyna gitarowa wiertarka, czyli ultraszybko zagrana melodia oparta na kilku dźwiękach, do której dołączają maszynowe perkusyjne blasty. Dopiero po tym wstępie przychodzi czas na mniej oczywisty, bo nieco złamany, a jednocześnie melodyjny riff.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=sbLSrdNd9oU[/youtube]

Nieco klasycznie, bo w sposób zaczerpnięty ze starego hard rocka, zbudowana została zbudowana zwrotka w utworze o najdłuższym tytule, czyli „The Blasphemous Psalm To The Dummy God Creation”. Klasyczność ta polega na krótkim, bo kilku dźwiękowym gitarowym riffie, który milknie na kilka taktów dając pole dla wokalu Rafała „Rasty” Piotrowskiego.

 

Najlepszym przykładem na nieoczekiwany pewnie przez wielu fanów Decapitated zwrot w podejściu do metalowego grania jest jednak tytułowa „Blood Mantra”, w której wyraźnie słychać fascynację thrashowymi i groove metalowymi gigantami z lat 90-tych. Słuchając ostrego, a jednocześnie melodyjnego riffu prowadzącego z charakterystycznym ślizganiem się po dźwiękach i rytmicznym tłumionym kostkowaniem dosłownie przeniosłem się o 20 lat wstecz, kiedy to Sepultura i Machine Head nie opuszczały mojego magnetofonowego odtwarzacza (choć i fani Slayera też tu znajdą coś dla siebie). Groove’owy, industrialowy posmak wymieszany z klasycznym death metalem można usłyszeć z kolei w niesamowicie nośnym „Veins”. Tu i ówdzie do głosu dochodzi także klimat Francuzów z Gojira.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=swweYENI5z8[/youtube]

No i zbliżam się do mojego ulubieńca, bo kojarzącego mi się z moim ulubionym Toolem utwór „Blindness”. Ten gęsty, transowy, zapętlony i ciągnący się przez siedem i pół minuty (czyli prawie w nieskończoność) riff podbijany genialną nisko brzmiącą sekcją rytmiczną (Paweł Pasek / Michał Łysiejko) w połączeniu w chropowatym wokalem robi piorunujące wrażenie! Dla mnie mistrzostwo pomysłu, aranżu i wykonania.

 

Fani starego Decapitated więcej połamańców znajdą natomiast w „Nest”, który na złamanych, rwanych riffach granych unisono z perkusyjną stopą stoi. Albo ultraszybki, nieco wariacki „Instinct”. Ale obu nie brakuje i bardziej melodyjnych elementów. Zresztą cała ta płyta od czasu do czasu poprzetykana pięknymi, lżejszymi melodiami z kończącym album instrumentalnym „Red Sun” na czele, po którym następuje jeszcze jeden mat-death metalowy cios: bonusowy „Moth Defect”. Cios po którym chce się tę płytę włączyć jeszcze raz. Włączcie i Wy.

 

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.