platforma blogowa portalu głos koszaliński

Recenzja: Spontane „Mojra”. Zakrzyczeć gitary

Mojra” warszawskiego sekstetu Spontane to dziesięć mocno metalowych, hard-core’owych numerów z nośnymi gitarowymi riffami, które próbują zakrzyczeć dwa gardła.

Spontane - Mojra

Spontane – Mojra

Warszawska ekipa Spontane, która od 2003 roku (z przerwami) tłucze porządne, energetyczne połączenie hard-core’a, metalu i rapcore’a po nagraniu trzech mini albumów w końcu doczekała się pełnowymiarowego, wydanego własnym sumptem albumu. „Mojra” to kwintesencja stylu sekstetu składającego się z dwóch wokalistów, dwóch gitarzystów, basisty i perkusisty. To niemały zestaw, a do tego w pełni wykorzystujący wynikające z tego możliwości.

 

Dzięki podwójnemu zestawowi gitar na „Mojrze” można usłyszeć sporo uzupełniających się, może prostych, ale robiących wrażenie potęgi harmonii, czy uzupełniających się gitarowych motywów na zasadzie: nisko brzmiący riff prowadzący plus melodia na wysokich tonach. Jeśli pojawiają się elementy grane unisono, to w zwrotkach, co wydaje się zrozumiałym rozwiązaniem aranżacyjnym skoro wersy wyśpiewują – choć chyba lepszym określeniem jest wykrzykują – aż dwa wokale (wspomagane czasami jeszcze przez wokalistę).

 

I to kolejny atut Spontane, który wykorzystywany w sposób niemal optymalny. Najczęściej wokaliści wymieniają się wersami w zwrotkach, a w refrenach łączą siły i starają się zakrzyczeć gitary na dwa chrypiące gardła.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=FHcGhTMqLhU[/youtube]

Musi jednak być agresywnie, skoro i teksty nie należą do przyjemnych. Przeważają tu opisy zepsutego świata, osamotnienia, czy walki. Napisane prosto, bez specjalnie wyszukanych metafor, czytelnie. Może i brakuje nieco tym tekstom finezji, to nie można im odebrać jednego: klarowności przesłania.

 

I skoro przy dwóch wokalach już jestem, to aż się prosi, aby wykorzystać je w jeszcze jeden prosty, ale skuteczny sposób: tworzyć teksty na zasadzie dialogu, skoro i tak chłopaki dość często uciekają się do recytacji/śpiewu/krzyku po wersie na zmianę. Można by to wykorzystać już choćby w numerze „By walczyć”. To historia o dwóch ludziach, którzy stoją po dwóch stronach muru, z niewiadomych przyczyn stanęli naprzeciwko siebie, by walczyć. Skoro w pierwszej zwrotce i tak wokaliści recytują na zmianę te same wersy: „Obserwuję cię co dzień (obserwuję cię co dzień), jak unikasz spojrzeń (jak unikasz spojrzeń), zbudowałeś gruby mur (zbudowałeś gruby mur), kręcisz się wokół siebie (kręcisz się wokół siebie)”, to wystarczyłoby, gdyby pierwszy śpiewał o przeciwniku, a drugi – o sobie (albo na odwrót): „Obserwujesz mnie co dzień (obserwuję cię co dzień), jak unikam spojrzeń (jak unikasz spojrzeń), zbudowałeś gruby mur (zbudowałem gruby mur), kręcisz się wokół siebie (kręcę się wokół siebie)” i tak dalej. I dopiero w refrenie przejść do wspólnego „Ręce zacisnęły się w pięści, krew zabulgotała w żyłach, stanęliśmy naprzeciwko siebie, choć sami nie wiemy dlaczego, by walczyć”. Rozwiązanie proste, a dodałoby numerowi smaczku.

 

To jednak pewien niuans. Bo – wracając do sfery muzycznej – nie ma co ukrywać, że chłopaki są mistrzami „przerywników”, czy jak kto woli „mostów”. W schemacie swoich utworów opartych na zasadzie zwrotka-refren-zwrotka-refren zawsze znajdzie się miejsce na takie właśnie odbicie od tematu przewodniego. Tutaj szczególną uwagę polecam zwrócić na te pojawiające się w może nie do końca szczęśliwie zaczętych od nieco kwadratowych, garażowych riffów „Uciec, ale dokąd” i „Taki jak ty”. Nie ważne jednak jest to, jak się zaczyna, a jak kończy, a końcówki tych numerów wbijają w ziemię!

 

Jednym z moich ulubionych jest absolutnie rewelacyjny, agresywny, przemyślany od początku do końca „Widelec”. I choć do jednych z najlepszych można zaliczyć „Jeden dzień w mieście Aniołów”, to absolutną perełkę można znaleźć w drugiej części tej składającej się z dziesięciu utworów płyty. Mam tu na myśli numer „Ktoś”. Ten utwór powinien być otwieraczem „Mojry”, bo z jednej strony ma prosty, bujający rytm, spore podkłady energii, a do tego i elementy przebojowości. Choć pod względem przebojowości o głowę bije go „Pycha”.

 

I na koniec kolejny plus materiału. Choć nie jest to specjalnie odkrywcze granie, opierające się na dość prostych, ale za to bardzo nośnych riffów i połączeniu starego z nowym (czyli nowojorskiego hard-core’a z elementami rapcore’u z lat 90-tych z bardziej współczesnym podejściem do tego tematu) to nie słyszę w tych numerach jakichś mocno czytelnych odniesień, zapożyczeń z konkretnych wykonawców gatunku. A to znaczy, że muzycy Spontane przepuścili swoje fascynacje przez własny muzyczny filtr.

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.