platforma blogowa portalu głos koszaliński

Wojtek Balczun [Chemia]: Melodia potrzebna do tego, by tworzyć dobre piosenki [wywiad]

Rozmowa z Wojtkiem Balczunem, gitarzystą zespołu Chemia.

Wojciech Balczun - Chemia

Wojciech Balczun – Chemia

Album „The One Inside” wydany, trasa koncertowa w toku. Jak publiczność odbiera tę płytę?

Przede wszystkim ten album to nowe otwarcie w historii zespołu Chemia. Poprzedniego krążka nie uznajemy za prawdziwy debiut, dopiero teraz wydaje nam się, że nagraliśmy album, który jak najbardziej oddaje nasze brzmienie oraz został nagrany w ostatecznym kształcie personalnym. Teraz przyszedł czas na promocję. Ciekawe jest to, że płyta 17 września miała premierę w Kanadzie, a od 4 października jest do kupienia w Polsce. Kończymy pierwszą część trasy polskiej i wyruszamy do Kanady, będziemy tam grać w klubowe koncerty w Ontario.

Co do samego odbioru materiału, to jest on bardzo pozytywny. Czasami nawet entuzjastyczny, co nas cieszy. No i wygląda na to, że o zespole Chemia słyszy coraz więcej osób, bo na koncertach zaczyna pojawiać się coraz więcej publiczności.

 

Jak wygląda ta frekwencja? Bo sporo się w ostatnim roku mówiło w sieci o słabnącym zainteresowaniu muzyką na żywo.

Na pewno jest problem. My jesteśmy jednak pozytywnie rozczarowani, choć nie oznacza, że przychodzą dzikie tłumy. To również trochę ze względu na naszą współpracę z jedną z największych agencji koncertowych na świecie, z naszymi promotorami z Kanady. Byliśmy zblokowani z ustaleniem terminów koncertów w Polsce, co zakończyło się tym, że mieliśmy mało czasu na promocję polskiej trasy, na poinformowanie fanów, że Chemia gra. Raczej spodziewaliśmy się, że osób będzie bardzo mało. Tymczasem nie jest źle, choć nie jest to taka liczba, jak to miało miejsce kiedyś na koncertach rockowych. Spotykamy się także z informacjami od organizatorów koncertów, menedżerów klubów, że np. wczoraj grał zespół disco polo i był dziki tłum. Może to jest kwestia czasowej mody na inną muzykę, niż ta proponowana przez nas.

 

Ale chyba trudno porównywać muzykę rockową, alternatywną z disco polo, która siłą rzeczy – stety, bądź niestety – trafia do większej liczby odbiorców.

Oczywiście, tylko ja pamiętam czasy, kiedy to zespoły rockowe przyciągały takie gigantyczne tłumy na swoje koncerty. Była euforia, histeria.

 

Rzadko się zdarza, żeby kapela z Polski wydawała swój album najpierw zagranicą, dopiero potem w kraju. Jak do tego doszło, że „The One Inside” najpierw pojawił się w Kanadzie?

Od początku mieliśmy taki pomysł – i nie jest to specjalnie oryginalna myśl – żeby z naszą muzyką wyjść poza granice Polski, bo gramy rocka, który może być tak samo dobrze rozumiany pod każdą szerokością geograficzną. Utwierdzały nas w tym koncerty, które graliśmy w Luksemburgu, w Niemczech czy w Kanadzie. Odbiór muzyki przez tamtych fanów był bardzo dobry.

Dodatkowo, dzięki temu, że spotkaliśmy na swojej drodze Marc’a LaFrance , znanego kanadyjskiego muzyka i promotora mieliśmy okazję przedstawienia mu swoich nagrań demo. Spodobało mu się. Zaprosił nas do studia w Vancouver, gdzie nagraliśmy EP-kę „In The Eye”, która była zapowiedzią nowego brzmienia, nowej twarzy zespołu. Tak mu się nasza muzyka spodobała, że zaprosił nas do nagrania całej płyty w Warehouse Studio.

 

Ta płyta jest dla mnie pop metalowa. Z jednej strony są mocne gitary, z drugiej świetne melodie wokali, które właśnie kojarzą się z popem. Skąd u Was biorą się przebojowe melodie?

Kiedy w Polsce wymawia się słowo „pop” to od razu ma to znaczenie pejoratywne, zespół rockowy w naszym słowiańskim znaczeniu powinien naparzać, a melodii nie powinno w tym być ani trochę. Tylko przekaz i bunt.

Oczywiście rock jest muzyką buntu, ale jak popatrzymy na najlepsze wzorce zachodnie, mówię o zespołach gigantach, które istnieją na scenie od lat, przy zachowaniu wszystkich elementów składowych muzyki rockowej to u podstawy ich kompozycji leży zawsze melodia. To nie ma nic wspólnego z nawiązywaniem do popu. Po prostu melodia jest do tego, aby tworzyć bardzo dobre piosenki.

My gramy bardzo mocnego rocka, co na koncertach można odczuć jeszcze bardziej, ale zawsze pamiętamy, aby utwory, które tworzymy miały przede wszystkim dobrą melodię. Ciągle się dziwię temu, że u nas tego się nie ceni, ale kiedy przyjeżdżają do nas zespoły z Zachodu to dziwnym trafem padamy na kolana i mówimy: ale to jest świetne, szkoda, że u nas takich nie ma! Staramy się udowodnić, że u nas też jest to możliwe.

 

Ciekawym takim przykładem może być Metallica. Zespół metalowy, który tzw. „czarną płytą” wszedł do pop kultury.

 

To chyba była bardziej kwestia promocji, strategii. Sam mam przed oczami wywiady z wieloma muzykami zza oceanu, którzy grają ekstremalne formy metalu a mówią, że riffy komponują na gitarach akustycznych, bo dla nich jest to najlepszą weryfikacją pierwotnego pomysłu. Jeśli coś dobrze zabrzmi na gitarze akustycznej to będzie z tego dobry kawałek na gitarze elektrycznej.

 

W Chemii liczy się przekaz. Na swoim profilu FB można przeczytać: „najnowszy krążek zachowamy w duchu szacunku do swojej własnej indywidualności.” Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

Przede wszystkim jesteśmy do końca oddani temu, co robimy. Jesteśmy totalnie uczciwi. Chcemy z naszych słowników wykreślić słowo „wyrachowanie”, „kalkulacja”. Robimy muzykę taką, jaką chcemy, a nie taką, która teraz jest modna, jaką wypada grać, która jest podobna do jakiegoś zespołu na fali, albo która się sprzeda. To nas niespecjalnie interesuje. Z pomysłów, które przychodzą nam do głowy wybieramy te, które nas najbardziej poruszają. Chcemy, żeby poruszały też słuchaczy. Myślę, że ci, którzy się zetknęli z naszym zespołem poprzez płytę, a może przede wszystkim przez koncerty widzą i słyszą to, że gramy prosto z przysłowiowego serducha.

 

Piszecie też, że nie interesuje Was ubieranie w jednakowe fartuchy i zmienianie się w pracowników jednej wielkiej fabryki. Czyli tzw. normalna praca też jest nie dla Was, osiem godzin w fabryce, albo za biurkiem?

Przynajmniej część z nas właśnie zrezygnowała z tych doświadczeń biurkowych po to żeby grać. Taka nasza odwrotna ścieżka. Dodatkowo każdy z nas reprezentuje zupełnie inny gust muzyczny. Nie koncentrujemy się tylko na graniu rocka, mamy też inne muzyczne światy. Oczekujemy też od siebie, aby w jakiś sposób to między sobą akceptować i to buduje naszą chemiczną miksturę.

 

Jak się gra przed Guns N’ Roses, czy Red Hot Chili Peppers?

 

Na pewno jest stres, bo to są wielkie zespoły. Z Guns N’ Roses nie mieliśmy żadnego kontaktu, bo są w tej chwili specyficzni i przed ich koncertem teren jest oczyszczany ze wszystkich – nie tylko suportów – ale wszystkich ludzi kręcących się na tzw. backstage. Natomiast Red Hot Chili Peppers to bardzo fajny zespół, który za kulisami nie nosi wysoko nosów. Oto dowód. Łukasz, nasz wokalista chciał sobie zrobić zdjęcie z Flea, a on mu powiedział: po co Ci zdjęcie? Usiądźmy, pogadajmy. I porozmawiali o Polsce, o specyfice naszego regionu, kontaktach z Rosją. Okazuje się więc, że można. To przeżycie, które zostanie z nami na całe życie.

 

Wiem, że niedawno graliście koncert w Koszalinie na imprezie zamkniętej.

 

Tak, graliśmy. To dzięki naszym przyjaciołom, którzy takie właśnie imprezy organizują w całej Polsce. Oni robią tego bardzo dużo, a my dostaliśmy możliwość zagrania kilku z nich. Jest na nich bardzo profesjonalna produkcja i potraktowaliśmy je jako rozgrzewkę do naszej trasy koncertowej.

 

Można liczyć, że w Koszalinie pojawicie się już na otwartym koncercie?

Jesteśmy otwarci na taki propozycje. Wszystkie namiary na nas można znaleźć w Internecie, na Facebooku. Chcielibyśmy zagrać wszędzie. Dla nas jest to pewna weryfikacja i bardzo zależy nam, żeby fani mogli zobaczyć nas na żywo. Mamy poczucie, że to wtedy buduje się specyficzna wieź między zespołem a odbiorcą.

 

 

Pamiętasz moment, w którym muzyka stała się dla ciebie czymś najważniejszym, kiedy stwierdziłeś, że to właśnie to będziesz w życiu robił?

Moja ścieżka jest pewnie trochę inna niż większości. Jako nastolatek oczywiście zacząłem grać i marzyć, że to właśnie to będę robił. Potem ze względów różnych musiałem odłożyć te plany zawodowego zajmowania się muzyką na rzecz zajęcia się rodziną, zarabiania na nią, a grałem tylko dla siebie. Po pewnym czasie przyszedł moment, kiedy ta naturalna miłość do grania zwyciężyła i podjąłem decyzję, żeby wszystko postawić na muzykę.

 

Pierwszy utwór, zespół, który Cię zachwycił?

Jest kilka takich rzeczy. Kiedy jeszcze byłem dzieciakiem, to tata nagrał mi na taśmę parę utworów Rolling Stone’sów. Potem pamiętam miłość do zespołu Queen, a za gitarę chwyciłem, kiedy zobaczyłem zdjęcie Van Halen z Davidem Lee Rothem wiszącym w powietrzu w rozkroku, z Eddie Van Halenem stojącym obok z gitarą. Pomyślałem wtedy: jak to pięknie wygląda. To był ten impuls.

 

To Eddiemu najchętniej przybiłbyś piątkę?

Nie mam jednego idola. Muzyka jest dla mnie cały czas otwartą książką, do której się zagląda i czyta nowe rzeczy. Nie jest odkryta do końca. Piątkę na pewno chciałbym przybić też takim gitarzystom, jak Jimmy Hendrix, czy Jimmy Page.

 

Twój ulubiony film?

 

„Scarface” i „Amadeusz”.

 

 

Ulubiona książka?

Trudno byłoby mi wybrać jedną. Bardzo lubię książki historyczne i filozoficzne, tym się pasjonuję.

 

pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.