platforma blogowa portalu głos koszaliński

Recenzja: Riverside „Shrine Of New Generation Slaves”. Prog-rockowe songi

 Riverside wyraźnie jest w formie. Zarówno pod względem muzycznym, technicznym, jak i kompozycyjnym oraz koncepcyjnym.  Pod każdym względem. Potrzebujecie dowodów? Posłuchajcie „Shrine Of New Generation Slaves”!

 

 

Riverside - Shrine Of New Generation Slaves

Riverside – Shrine Of New Generation Slaves

 

Riverside już w pierwszych informacjach na temat „Shrine Of New Generation Slaves” uczciwie ostrzegali, że chcą zaskoczyć. Może przede wszystkim siebie, ale myślę, że i fani tego warszawskiego zespołu mogli być zdziwieni przy pierwszym odsłuchu „Shrine…”.

 

Pierwsza nowość, którą można zauważyć jeszcze przed włączeniem muzyki to czas trwania utworów umieszczony na wkładce przy każdym tytule. Riverside przyzwyczaiło bowiem słuchaczy do tego, że większość ich utworów potrafi ciągnąć nawet przez 12 minut, jak to miało miejsce np. przy „Anno Domini High Definition”. Tymczasem tutaj jest jeden taki utwór, a pozostałe to 4-7 minutowe kompozycje, które – najprościej rzecz ujmując – można nazwać piosenkami.

 

I tu jest ta druga nowość, którą także jeszcze przed włożeniem płyty do odtwarzacza zdradza zawarty na okładce tytuł płyty. Po utworzeniu skrótu fan otrzymuje S.O.N.G.S.

 

Czas więc w końcu przestać oglądać okładkę i włączyć muzykę. Już pierwszy utwór „New Generation Slave” powala słuchacza, ale nie ścianą dźwięku i potęgą przesterowanych gitar, a… delikatnością i muzycznym wysmakowaniem. Prosty, oszczędny, ale potężny riff gitarowy co rusz cichnie, by ustąpić miejsca śpiewnemu wokalowi. Ten prosty zabieg pamiętający najstarsze rockowe i hard-rockowe kompozycje, tylko zaostrza apetyt. Gitary, perkusja i klawisze wybuchają dopiero w drugiej części.

 

Takich mocnych fragmentów na „S.O.N.G.S.” jest jednak niewiele. Najmocniejszym utworem na płycie jest „Celebrity Touch”, choć i w nim więcej jest ze starego hard-rocka, niż metalowej potęgi. Ten klimat lat 70-tych tworzy i konstrukcja riffu, i sposób wykorzystania klawisza. Trudno tu nie pokusić się o porównanie do Led Zeppelin, czy Deep Purple. Choć w tym utworze znajduję jeszcze jedno skojarzenie. Zwolnienie w środkowej części utworu jednoznacznie przywodzi na myśl Jamesa Maynarda Keenana i jego Toola. Dość energicznym, jednocześnie mocno podszytym piękną melodią utworem jest także „Feel Like Falling”.

 

I takich właśnie melodii, a nie przesterowanych ścian dźwięku na „S.O.N.G.S.” jest mnóstwo. Przy wstępie do „Depth Of Self-Delusion” po prostu się rozpływam. I to pływanie wśród delikatnych dźwięków gitary akustycznej i klawiszy trwa przez całe 7 minut trwania utworu. Dźwięków tu jest stosunkowo niedużo, ale za to dużo więcej powietrza, a przy pływaniu oddychanie jest wskazane. Podobne wrażenia budzi też „We Got Used Do Us”, którego szkielet oparty jest na partiach klawiszy i rewelacyjnej sekcji rytmicznej. Bas cudnie pieści ucho.

 

Oczywiście trafił się na płycie i muzyczny „flak”, czyli ponad 12-minutowy „Escalator Shrine”, który leniwie rozkręca się najpierw przy nieco hiszpańsko brzmiącej gitarze, by przejść do pochodu basowego uzupełnianego plamami klawisza, by dojść do eskalacji dźwięków i emocji w połowie utworu (ok., to trzeci utwór oprócz „New Generation Slave” i „Celebrity Touch” z mocnym uderzeniem). Tutaj nawet pokusiłbym się o porównanie do Pink Floyd.

 

Choć to bardzo dobry utwór, to jednak cieszę się, że tak długich utworów Riverside na „Shrine…” nie skomponował więcej. Dzięki temu kompozycje są bardziej zwarte i w połowie słuchania utworu nie muszę zastanawiać się, czy to aby na pewno jest ten sam numer, który zaczął się 8 minut temu, czy może już inny.

 

Cieszy też właśnie to nieco piosenkowe podejście do kompozycji, choć jednocześnie trudno przy utworach Riverside mówić o typowym schemacie zwrotka-refren-zwrotka-refren. Ta piosenkowość chyba bardziej objawia się w sposobie budowania kompozycji i świadomego rezygnowania z nadmiaru dźwięków.

 

Kończąc już warto choć kilka linijek poświęcić warstwie tekstowej. Pod tym względem to album koncepcyjny, bo mówiący o szeroko pojętym zniewoleniu człowieka przez szeroko pojętą technologię i kierat pracy. Najlepszym wersem oddającym to, co się dziś z człowiekiem dzieje jest ten z „New Generation Slave”: „I am a free man, but i can’t enjoy my life”.

 

A Wy wybierzcie się koniecznie do „świątyni”, jaką jest centrum handlowe, kupcie album Riverside i cieszcie się tą muzyką!

 

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.