platforma blogowa portalu głos koszaliński

Kto zarabia na wydawaniu muzyki?

Na to pytanie jest prosta odpowiedź: najpierw wytwórnia, potem artysta. Pewnie nie zawsze, jednak to ten ostatni w tym tandemie może nie być pewny swojego zarobku.

Zaczynając ten temat chyba trzeba sięgnąć do początku, no może do lat 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku. Wtedy, żeby i wytwórnia, i zespół zaczął zarabiać wystarczył dobry singiel. Jeśli taki jeden utwór zyskiwał popularność, był często grany w radiu, to wysokość sprzedaży winylowych singli (najtrwalszy wówczas nośnik dający możliwość odtwarzania muzyki nieprzerwanie przez kilkanaście minut, bo tyle muzyki mieściło się na jednej stronie czarnego krążka) potrafiła zrobić z muzyka (i jego wytwórni) bogacza.

 

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dobry singiel także był na wagę złota, ale ta jedna hitowa piosenka miała spowodować wysoką sprzedaż całych albumów. W taki sposób milionów na koncie dorobili się m.in. Guns N’ Roses („Apetite For Destruction” sprzedał się w nakładzie 28 milionów kopii na całym świecie, a „Use Your Illusion I / II” w łącznym nakładzie 35 milionów egzemplarzy na świecie), Metallica („czarny album” tylko w USA sprzedał się w 22 milionach egzemplarzy), czy Nirvana („Nevermind” w USA sprzedał się w nakładzie 10 milionów, a na świecie w 26 milionach egzemplarzy).

 

Wraz z nastaniem ery Internetu dobry singiel oczywiście ciągle jest potrzebny, ale niestety niekoniecznie idą za tym konkretne dochody. Piszę tu przede wszystkim o szeroko pojętej muzyce rockowej z naciskiem na alternatywną, bo gwiazdy popu ciągle mają się nieźle.

 

Przytaczając słowa Kazika Staszewskiego, czy też Muńka Staszczyka (bądź też słowa Staszewskiego cytującego Staszczyka) dziś muzyk praktycznie nie zarabia na wydaniu płyty, a jeśli już to zarabia niewiele. Kazik Staszewski w wywiadzie dla GraMuzyka powiedział: – Płyty już dawno przestały być naszym źródłem dochodu. Są raczej – jak to mówi Muniek Staszczyk – formą wykrzyczenia, że istniejemy. Głównym źródłem dochodu są emisje naszej muzyki w telewizji, w radiu oraz koncerty. (cały wywiad >>> Kazik Staszewski: Przemyślenia ubieram w formę wierszowaną [wywiad])

 

 

Sam Muniek Staszczyk wyliczył dość dokładnie na czym zarabia swoje miliony. – Skąd mam kasę? Z tantiem z ZAIKS-u, z koncertów i z płyt. Z koncertów tak rocznie, jak patrzę na PIT, mam 350-400 tysięcy, z tantiem około pół miliona, a z płyt z 50 tysięcy – mówi bez ogródek w wywiadzie dla “Twojego Stylu”. To samo powtórzył w książkowym wywiadzie-rzece, który przeprowadził Grzegorz Brzozowicz.

 

Jednak taki Kazik Staszewski, czy Muniek Staszczyk to w naszym kraju już muzycy znani, najczęściej szanowani przez odbiorców, więc ich płyty dziś sprzedają się w nakładach co najmniej kilkunastotysięcznych; ostatnia płyta KNŻ „Bar La Curva/Plamy na słońcu” uzyskała status Złotej Płyty w ciągu kilku dni od premiery. Muniek Staszczyk i T.Love także specjalnie długo nie czekał na to, żeby sprzedaż „Old Is Gold” przekroczyła 15 tysięcy egzemplarzy, co i tak – według Kazika Staszewskiego – w kraju o populacji sięgającej 40 milionów nie jest jakimś wielkim sukcesem. Niestety nie wszystkim i taki sukces się udaje.

 

Są oczywiście na polskim rynku wyjątki, bo „Myśliwiecka” Artura Andrusa była w 2012 roku najlepiej sprzedającą się płytą w Polsce i sprzedała się w ponad 70 tysiącach egzemplarzy, czym polski kabareciarz pobił nawet Adele, która swoją hitową płytę „21” sprzedała w naszym kraju w niższym nakładzie (choć w sumie kosztowała w sklepie prawie dwa razy tyle, co „Myśliwiecka”).

 

Chciałbym jednak skupić się na tych, którzy swoje albumy sprzedają jedynie w setkach, albo co najwyżej tysiącach egzemplarzy. Ci na nich (raczej) nie zarabiają. Tak przynajmniej mówi np. Dominik Hałka z zespołu Raggafaya, który ma na swoim koncie już oficjalnie wydane dwa albumy za pośrednictwem niezależnej wytwórni Lou & Rocked Boys.

 

- Ci najwięksi na tym zarabiają jeśli przekroczą pewien próg sprzedaży, który pokryje koszty produkcji albumu. (…) Nie dokładamy do tego, a dokładnych danych sprzedażowych na chwilę obecną nie mam. Myślę jednak, że to będzie w przedziale między tysiącem, a dwoma tysiącami sztuk. Nie jest to więc żadna rewelacja, choć w Internecie na peb.pl Złotą Płytę pewnie już mamy – mówi w wywiadzie dla GraMuzyka (cały wywiad >>> Dominik Hałka [Raggafaya]: Nasz los w rękach  publiczności [wywiad]).

 

 

Jak można przeczytać na blogu Michała Kowalskiego (muzyka i prawnika w jednym – warto zresztą przeczytać cały jego tekst >>> Twórca w Polsce jest na dnie. W interesie wszystkich) „stawki dla artystów w przypadku majorsów (dużych wytwórni) wahają się od 5 do 20 proc. ceny hurtowej netto nośnika. (…) z pojedynczego nośnika, początkujący artysta może dostać maksymalnie – około złotówki?!”

 

Wniosek z takiej propozycji jest taki: nie warto wchodzić w spółki z dużymi wytwórniami. Tym bardziej, że najczęściej młode kapele muszą przyjść do swojego wydawcy z już gotowym produktem, czyli materiałem muzycznym nagranym w takiej jakości, że wystarczy go tłoczyć, okładki wydrukować i wysyłać do sklepów muzycznych. Często zapewne tylko tym, na których wydawca zarobi jest w stanie zapewnić studio nagrań, za które zapłaci (i od strony czysto biznesowej trudno się temu dziwić).

 

O tym, że nie warto współpracować z wytwórniami, które tylko „doją” muzyków mówi coraz więcej wykonawców i postanawiają wydawać swoją muzykę na własną rękę. Guzik, wokalista zespołu Flapjack w rozmowie dla GraMuzyka mówił, że wytwórnia Mystic nie była zainteresowana wydaniem ich albumu „Keep Your Heads Down”, a dalej chętnych już nie szukali i album ukazał się w sklepach dzięki managementowi Flapjacka. – Typowe wytwórnie praktycznie nie proponują nic poza wydaniem płyty w zamian za to, że dostaną 90 procent zysku ze sprzedaży płyt. Proponują zwykle około 10 procent, w zamian za wielkie „nic”. Takie kontrakty może mają rację bytu w przypadku dużych, komercyjnych, popowych wydawnictw, gdzie jest duża szansa, że nakład będzie wysoki. Jeśli zespół ma w perspektywie sprzedanie 1000 sztuk płyt, to takie 10 procent jest bezsensowne. (Wytwórnie – dop. aut.) Nie wiedzą jak promować takie zespoły – powiedział Guzik (cały wywiad >>> Guzik [Flapjack]: Nie rzucamy wyzwania korporacjom [wywiad]).

 

W podobnym tonie wypowiadał się także Michał Gabryelczyk z zespołu Chassis: – Nasz debiut był opatrzony klauzulą “wydajemy za nasze”. Podobnie jest z naszym drugim albumem („Social Distortion” – dop. aut.). Za wszystko płacimy sami, ale taką drogę obraliśmy i nie mamy do nikogo pretensji. Rozmawialiśmy z wytwórniami, ale te rozmowy spełzły na niczym. (…)Nie chodziło więc o oczekiwania wytwórni wobec zespołu, ale w przeciwną stronę – o spełnienie podstawowych warunków dla zespołu ze strony wytwórni. To musi wyglądać sensownie, a wyglądało wręcz diabolicznie, więc zdecydowaliśmy wydać album o własnymi siłami. (…)Te umowy, które przedstawiano nam były śmieszne, nikt by ich nie podpisał, chyba że totalny desperat. Oczywiście jeśli chodzi o promocję i zaistnienie w sieci sprzedaży, to jest to zapewnione, bo to jest pewien standard. Natomiast to, co nam proponowano zapewniliśmy sobie we własnym zakresie działań. Skoro więc „sami” to możemy zdobyć, podkreśliłem sami bo wiadomo, że nie osiągnęlibyśmy tego bez pomocy wielu życzliwych osób ze świata artystycznego oraz mediów, to po co pchać się w taką współpracę. (cały wywiad >>> Michał Gabryelczyk [Chassis]: Nagrodę z Generacji sprzedaliśmy [wywiad])

 

Chassis wydał więc album za swoje, zdecydował się jedynie na współpracę z dystrybutorem, który ma możliwość wstawienia ich albumu do sieci tradycyjnych i internetowych sklepów muzycznych.

 

Podobnie myślał zapewne Robert “Litza” Friedrich decydując się na wydanie o własnych siłach albumy Luxtorpedy. I radzi sobie świetnie, zarabiając pewnie na jej sprzedaży więcej, niż by uzyskał decydując się na współpracę z dużą wytwórnią.

 

Trudno mówić, ile konkretnie wynosi zarobek przy własnym wydaniu albumu, ale spokojnie można założyć, że jest dużo wyższy, niż przy współpracy z wytwórnią. Przypuszczenie to opieram na prostej arytmetyce. Album „Robaki” Luxtorpedy kosztuje w Empiku 47 złotych. Ten sam krążek (a w zasadzie dwa, bo to album dwupłytowy) można było kupić w Koszalinie podczas koncertu Luxtorpedy w 2012 roku za 35 złotych. Mogę się więc domyślać, że te 12 złotych różnicy to marża, którą pobiera dystrybutor i sklep. Choć wątpię, by Litza „sprzedawał” swoją płytę dystrybutorowi za 35 złotych. Bardziej realną ceną jest dwadzieścia kilka, a może nawet sporo poniżej 20 złotych.

 

Ile z kolei kosztuje wyprodukowanie nośnika z okładką? Jeśli chodzi o samo wytłoczenie płyty i wydruk to w zależności od objętości okładki i rodzaju opakowania to koszt około 3-5 złotych przy tysiącu sztuk. Koszt ten spada wraz ze zwiększeniem nakładu jednorazowego zamówienia.

 

Koszty zrobienia nagrań, miksu i masteringu są bardzo różne i tu trudno je jednoznacznie określić, bo za wynajem studia do nagrań płaci się za „od godziny”, a sam czas spędzony w studiu zależy od sprawności muzyków i sposobu nagrywania. Za miks i mastering płaci się najczęściej od sztuki utworu, choć i może zależeć to od jego długości.

 

Łatwo jednak policzyć, że tłocząc 1000 sztuk albumu po 3 złote za sztukę i sprzedając go po 20 złotych – za takie pieniądze często sprzedają swoje płyty muzycy undergroundowi, którzy wydają tzw. nielegale – koszt wytłoczenia zwraca się po sprzedaniu 150 sztuk. Kolejne sprzedane albumy, to już „czysty zysk”, który pokryje choćby w części koszty studia nagraniowego, miksu i masteringu. Często też się zdarza, że muzycy – szczególnie ci hip-hopowi – mają często może dość prowizoryczne, ale własne studio wyposażone w komputer, program do nagrywania i mikrofon. Sami też robią miks i mastering. Takie koszty więc albo zwyczajnie już nie są liczone, albo są odpowiednio niższe.

 

W kwestii sprzedaży fizycznej płyt, to chyba tyle. Jest jeszcze coraz popularniejsza forma sprzedaży i zarabianiu na muzyce w Internecie. Czy faktycznie na tym można zarobić? O tym już w kolejnym odcinku >>> Ile muzyk zarabia w Internecie? YouTube, Bandcamp, Spotify i inne

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

 

Komentarze (2) do “Kto zarabia na wydawaniu muzyki?”

  1. Lord & the Liar napisał(a):

    Zadziwiające i przerażające. Jestem właśnie przed ukończeniem swojej pierwszej płyty. Materiał nagrałem w całości sam, w przeciwieństwie do opisywanych tu “hiphopowcach” jakość nagrań jest porównywalna ze studyjnymi. Odpadło więc parę tysięcy za opłacenie studia, muzyków, realizatora. Za wytłoczenie jednej płyty i zrobienie pudełka zapłacę około 6 zł. I co dalej? Decydując się na współpracę z wytwórnią (jeżeli w ogóle jakaś wyraziła by chęć) stracę większość możliwych do osiągnięcia zysków. Naprawdę można się zagubić próbując osiągnąć jakikolwiek “sukces” a zarazem widząc jakie zespoły są promowane.

  2. Stefan napisał(a):

    Zapomniałeś dodać przykład wideoklipów, które kiedyś promowały album i stworzyły dziedzinę sztuki samą w sobie (dziś nazywana videoartem). Przez internet stacje telewizyjno-muzyczne przestają grać muzykę z zakresu szeroko pojętej alternatywy. Co za tym idzie, nie ma promocji. Wiec nie ma zysku. Idąc dalej… Stacje muzyczne zaczynają serwować papkę seriali promujących nie muzykę, ale zachowania destrukcyjne. Wszystko przenosi się do internetu, co nie koniecznie pasuje twórcom. Dlaczego? W tym przypadku szufladki się przydają, gdyż nie ma weryfikacji co jest dobre a co złe. A ludzie lubą audycje za zakresu danej muzyki. Słuchać historię artysty historię powstania utworu. Ale to nie tylko w muzyce tak jest. W świecie literatury wystarczy zapłacić krytykom, którzy ustalają ranking bestselerów, a czytelnik nie koniecznie będzie czytał książkę ze zrozumieniem, jemu będzie się podobało, bo to jest na miejscu pierwszym. Dlatego warto mieć własne zdanie, własny gust. Wtedy będzie dobrze. A artyści sobie poradzą. Bo będą mieli wsparcie w fanach, odbiorcach.

Zostaw komentarz