platforma blogowa portalu głos koszaliński

Waldemar Miszczor: Kiedyś był Music Pub, dziś jest Kawałek Podłogi [wywiad]

Rozmowa z Waldemarem Miszczorem, prowadzącym klub Kawałek Podłogi w Koszalinie. To także współzałożyciel i perkusista zespołu Mr. Zoob.

 

Waldemar Miszczor, klub Kawałek Podłogi

Waldemar Miszczor, klub Kawałek Podłogi

Więcej rozmów o organizacji koncertów, działalności klubów i stanie koszalińskiej kultury TUTAJ >>> GraMuzyka. Pytania i odpowiedzi, czyli wywiady

– Jesteś czynnym muzykiem w Mr. Zoob, grasz koncerty, czy to klubowe, czy to większe plenerowe. Jak to wygląda z Twojej strony?

– W klubach gramy niewiele. Jeśli już, to przy okazji większych koncertów uzupełniamy trasę o kluby. Najczęściej to wygląda tak, że to właściciele klubów, organizatorzy koncertów dzwonią, bądź piszą do nas i zapraszają, albo zgłaszają taką chęć. Jeśli faktycznie wybieramy się w te rejony, to zgłaszamy się, że konkretnego dnia tam będziemy i organizujemy koncert.

Z nami sprawa wygląda trochę inaczej, niż z młodymi zespołami. My gramy przede wszystkim za ustaloną z góry stawkę, oczywiście odpowiednio niższą dla klubów. Wyjątkiem jest kilka klubów w Polsce, gdzie wiemy, że będzie odpowiednia frekwencja i wtedy gramy za wpływy z biletów.

 

– Czyli jesteś kolejnym muzykiem, który by nie bojkotował klubów, które proponują grać za bilety?

– W dzisiejszych czasach informacje o tym, że na prowadzeniu klubu zarabia się duże pieniądze „na barze” to są tylko mity. Prawda jest taka, że wiele klubów nie tylko w Koszalinie, ale w całej Polsce przez większą część tygodnia świeci pustkami. Tylko kiedy przychodzi weekend można liczyć na dużą frekwencję i się wtedy trochę odkuć.

W Polsce jest tylko kilka klubów, które stać na zapraszanie zespołów do zagrania za stawkę i to taką, jaką sobie kapela zaśpiewa. Generalnie takich koncertów kluby raczej unikają.

 

– Sam co proponujesz zespołom, które grają koncerty w Kawałku Podłogi?

– Nawet jeśli zespół gra za pieniądze z biletów a nie za stawkę to zawsze i tak ma zapewniony zwrot kosztów podróży, ma jedzenie, zawsze otwarty bar i do tego jeszcze nocleg. Czyli zapraszając zespół mam już związane z tym koszty. Sam jestem za tym, żeby nie nocować muzyków byle gdzie. Oni mają zagrać koncert, potem pobalować w klubie ile się da, przespać, zjeść w hotelu śniadanie i jechać dalej. Wiem w mojego doświadczenia, że to dla muzyka jest ważne, sam to otrzymuję jadąc grać gdzieś w Polsce, więc i ja to proponuję zespołom, które grają w naszym klubie.

 

– A kiedy w ogóle zakiełkowała w Twojej głowie myśl, żeby otworzyć w Koszalinie klub muzyczny?

– Nikt tego pewnie nie wie, albo nie pamięta, ale pierwszy klub muzyczny w Koszalinie, który nazywał się Music Pub, założyłem właśnie ja. To było w Domku Kata w 1990 roku. To był pierwszy pub w mieście. Utrzymywał się wtedy w całości z wpływów z biletów, cały obiekt, wynagrodzenia, księgowość i remonty. Ta sala, która teraz jest w tym budynku nie istnieje dlatego, że pożniej przeprowadzono tam remont obiektu. To my wyburzyliśmy ściany żeby powstała duża sala, bo pierwotnie to była klitka.

W tym klubie zaczynało wiele kapel. Tam swoje koncerty miał np.Oddział Zamknięty, w ramach Le Printemps De Bourges grał tutaj Hey. To było odkrycie naszego festiwalu. Dopiero potem Hey trafił do Izabelin Studio i zaczęła się ich kariera. W Music Pubie zaczynał Simple Acoustic Trio. Kabaretowa scena z Bartkiem Brzeskotem, Grzegorzem Halamą, tu zaczynali Szymon Zychowicz i

Andrzej Talkowski, występujący dziś w Piwnicy Pod Baranami. To był taki twórczy kocioł.

Teraz kluby działają zupełnie inaczej. Nastawione są na sprzedaż piwa, a w Music Pubie piwo było tylko małym dodatkiem. Przychodziło się tam, bo coś się działo, ktoś był na scenie.

 

– Czyli niejako powracasz do tego, co było te dwadzieścia lat temu?

– Dokładnie. To nie jest tak, że coś zaczynam. To jest niejako związane z moim wykształceniem. Studiowałem kulturoznawstwo.

Jest mi teraz dużo łatwiej prowadzić klub. Zjeździłem całą Polskę, naoglądałem się, jak to się robi. Wszędzie mam pełno znajomych kapel, i starszych, i młodszych, które mogę zaprosić. To moja branża.

 

– Ale to nie jest łatwa branża.

– Nie jest, ale też z Agnieszką, moją partnerką, nie zaczynaliśmy prowadzić Kawałka Podłogi, żeby zbić fortunę. To bardziej takie hobby. Chcieliśmy stworzyć takie miejsce w Koszalinie, gdzie można posłuchać muzyki na żywo w dobrych warunkach, a nie w odrapanych ścianach i w zapachach brudnych toalet. Swoje lata mam i chciałbym usiąść w godziwych warunkach przy czystym stole, posłuchać dobrej muzyki na żywo, napić się piwa z czystego pokala.

Szczerze mówiąc w Koszalinie poza Centralą Artystyczną nie miałem miejsca, gdzie mógłbym w sobotę z ochotą pójść.

 

– Dlatego stworzyliście Kawałek Podłogi?

– Między innymi dlatego, żeby było w Koszalinie dodatkowe miejsce dla osób, które nie odnajdują się gdzie indziej z różnych względów: klimatu, nastroju, towarzystwa, muzyki. Nie chcieliśmy z nikim konkurować i nie jesteśmy konkurencją. Każdy lokal w Koszalinie ma swój charakter.

Można je podzielić na puby, kluby rozrywkowe np. taneczne, których jest najwięcej i kluby o typowej działalności kulturalnej, gdzie my się kwalifikujemy.

U nas pojawiają się ludzie, którzy przyjdą na spektakl teatralny, na koncert jazzowy, albo posłuchać ostrego rocka, zobaczyć wystawę, obejrzeć film, spędzić czas podczas wieczoru poetyckiego, czy poezji śpiewanej. Tu jest różna publiczność. Na każdą z tych imprez przychodzą różni ludzie, którzy poszukują czegoś innego. Sam tego poszukuję, różnorodności, bo mając ciągle to samo, bym się zanudził.

 

– Kawałek Podłogi nie ma jeszcze nawet roku, a od razu ruszyliście z kopyta często organizując różne imprezy. Taki był zamysł?

– Otwierając klub nie zamierzaliśmy zarabiać na sprzedaży piwa, tylko zależało nam na organizowaniu ciekawych wydarzeń. I to jest odpowiedź. Miejsc do napicia się piwa w Koszalinie jest dużo, a klubów, gdzie można posłuchać muzyki w dobrych warunkach – nie.

 

– Inni też robią koncerty, ale nie tak regularnie. Czy tą cyklicznością imprez w Kawałku Podłogi zbudowaliście już grono odbiorców?

– Tego nie buduje się w kilka miesięcy, ale latami. Jednak prawdą jest, że w Koszalinie przez dłuższy czas była imprezowa pustynia. Dopiero w zeszłym roku to się zaczęło zmieniać. Wcześniej nie było tak, żeby koledzy z innych klubów układali kalendarz imprez, że w tym miesiącu będzie się u nas działo to, a w przyszłym co innego. To myśmy chyba to trochę wymusili. Poprzeczka została podniesiona i bardzo dobrze. Niech się dzieje jak najwięcej, wtedy może ludzie się przyzwyczają, że trzeba chodzić na koncerty, imprezy do klubów.

Mnie trochę denerwuje to, że się kusi promocjami: shoty za 3 złote, piwo za 4 złote. I potem ta młodzież idzie tam, gdzie jest tańszy alkohol. Nam na sprzedaży alkoholu na siłę nie zależy. Robimy to przy okazji, żeby klub się utrzymał. To nie jest dobra publiczność, która przyjdzie, wypije pięć piw, ale nie wie, kto wystąpił na scenie.

 

– Zauważyłeś więc już, że na konkretne imprezy przychodzą konkretni ludzie?

– Na pewno tak. Jeśli ktoś był u nas na koncercie jazzowym i mu się podobało, to następnym razem też jest. Z moich obserwacji wynika, że 30-40 procent publiczności to już stali klienci.

 

– Jak wygląda dokładnie frekwencja w klubie?

– Jeśli chodzi o koncerty, to większych „wtopek” nie zaliczyliśmy. Oczywiście zdarzało się, że frekwencja mogłaby być większa, bo jeszcze były wolne miejsca. No i dzięki większej publiczności łatwiej finansowo zamknąć imprezę na plusie. Nie było jednak tak, że muzyk grał dla pustej sali.

 

Jaka jest zadowalająca frekwencja dla Kawałka Podłogi?

– Sto osób. Przeważnie jest to między 50 a 100 osób. Średnio sprzedajemy około 60 biletów i dochodzą osoby zaproszone. Wtedy już nie jest źle. Co dziwne, gorzej obsadzone frekwencyjnie są imprezy kabaretowe.

 

– Z Twojej perspektywy w Koszalinie jest słabo z frekwencją? Ta sprawa jest często przytaczana w różnych rozmowach.

– To prawda. Obserwuję, co się dzieje w klubach. Gusta młodych ludzi tak się zmieniły, że dla nas są nie do pomyślenia. Ten ciąg do disco polo mnie przeraża. Młodym ludziom chyba nie chce się poszukiwać swojej muzycznej drogi. Przecież i tak cały dzień siedzą przy Internecie, czy to tak trudno jest kliknąć na YouTube i zobaczyć, jak gra zespół, który wkrótce wystąpi w Koszalinie?

 

– Mam to samo wrażenie. Sam chodziłem często na koncerty kapel, których kompletnie nie znałem, ale byłem zobaczyć ich, posłuchać jaką muzykę prezentują. Z ciekawości.

– No właśnie chyba młodym ludziom brakuje tej zwykłej ciekawości. To jej brak i to wygodnictwo powoduje, że jest bardzo niska frekwencja na młodych, nieznanych, a bardzo dobrych kapelach.

 

– Na Little White Lies w Twoim klubie było właśnie mało ludzi.

– Ale jak drugi raz zorganizujemy ich koncert, to podejrzewam będzie dwa razy więcej ludzi, bo ci co byli powiedzą, że to dobra kapela. W marcu także będzie kilka ciekawych, choć mało znanych zespołów. Jestem za promowaniem takich nowych brzmień, młodych kapel.

Od razu powiem, że w Kawałku Podłogi nie gra każdy, kto się do nas zgłosi. Wybieramy te zespoły, które wydają się wartościowe. Czasami sam trafię na jakiś na YouTube i jeśli uznam, że to ciekawa muzyka, to zapraszamy go do nas.

 

– Czyli czujesz potrzebę edukowania młodych ludzi?

Absolutnie nie mam żadnej misji. Po prostu, marzyło mi się, żeby w Koszalinie było tak, że jak chcę czegoś posłuchać, coś zobaczyć, to mogę to zrobić i mam wybór, gdzie to chcę zrobić. Bo najgorzej jest, kiedy nie mam takiej możliwości. Jeśli takiej szansy ludziom się nie stwarza, to nigdy nie będzie potrzeby szukania takiej formy spędzania wolnego czasu.

Dlatego dyskusje na temat tego, że może kluby powinny ustalać między sobą terminy imprez i koncertów nie ma sensu. Niby dlaczego mielibyśmy to robić? Bo jest w Koszalinie 100 osób, które chodzą na koncerty i pójdą do jednego klubu, albo drugiego? To nieprawda.

Tu nie ma co ustalać. Im więcej wydarzeń kulturalnych, tym lepiej. Dla mnie jako potencjalnego słuchacza to sytuacja idealna, bo mam wybór spośród kilku imprez. Jeśli kluby ustalą, że w jeden dzień może być jedna impreza, to co ma słuchacz zrobić? Iść na koncert, na który nie ma ochoty, albo siedzieć w domu, bo nic się nie dzieje? Moim zdaniem mówienie, że nie ma frekwencji na koncertach, bo pokrywają się ich terminy nie jest prawdą. To szukanie usprawiedliwiania, że coś się nie udało.

 

– To czego wynikiem może być słaba frekwencja? Złej promocji?

– Z promocją jest inna sprawa. Mamy za dużą podaż informacji, ten szum informacyjny powoduje, że ludzie już nawet obok plakatów przechodzą obojętnie. Sam miałem sytuację, kiedy do Kawałka Podłogi wszedł klient, który po drodze mijał trzy plakaty z niezbędnymi informacjami. Podszedł do baru i zapytał mnie: „kto dziś gra klubie?”. Wiadomo, że trzeba informować ludzi w różny sposób o koncertach: w sieci, w gazecie, rozwieszając plakaty, ale jak ktoś nie chce, to nawet jak na wszystkich drzwiach będą one wisiały i tak tego nie przeczyta. Nie da się go zmusić do przyjęcia tej informacji tak, jak nie da się obdzwonić wszystkich i zaprosić ich na koncert. Chyba że jest się dużą instytucją, która ma sztab ludzi pracujący intensywnie nad promocją. Ja takiego sztabu nie mam.

– Ale masz sposób na dotarcie do ludzi z informacją? Facebook, portale internetowe, radio, gazety?

– Powtórzę. Nic się nie da zrobić, jeśli ludzie nie będą chcieli przyjąć tych informacji. Nawet atakując ich z każdej strony. Po prostu powinniśmy pokazywać im swoją ofertę i wyrobić nawyk chęci do słuchania, interesowania się wydarzeniami, zwykłego czytania informacji i chęci dowiedzenia się. To nie jest praca na rok, lub dwa.

 

– Czy jest potrzebna współpraca między klubami, a Centrum Kultury 105?

– Już widzę, że są pomysły na organizację Generacji w kilku klubach rozciągniętą na kilka tygodni. Wydaje się to dobrym posunięciem, przy Hanza Jazz Festiwal to się sprawdziło.

Pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.