platforma blogowa portalu głos koszaliński

Robert Gawliński [Wilki]: Najlepszy prezent to płyta, albo… sztylet [wywiad]

Rozmowa z Robertem Gawlińskim, wokalistą zespołu Wilki. O płycie „Światło i mrok”, o synach i o świętach Bożego Narodzenia.

Robert Gawliński / fot. Karolina Markiewicz / Sony Music

Robert Gawliński / fot. Karolina Markiewicz / Sony Music

– Płyta „Światło i mrok” to powrót do starych dobrych gitarowych Wilków – to stwierdzenie często powtarza się w recenzjach Waszego najnowszego albumu. To był Wasz cel?

– Chyba tak, choć ta płyta jest inna od wszystkich poprzednich, bo nie jest powieleniem na siłę naszego pierwszego albumu, a raczej esencja moich kompozycji plus wkład reszty zespołu. Jeśli już, to ona zawiera w sobie trzy pierwsze płyt Wilków. „Świat to fajne miejsce” ma na przykład coś z „Uayo”, czy „Z ulicy Kamiennej”. W innych utworach jest sporo rock and rollowego zadziora z drugiej naszej płyty. Trzeci nasz album to akustyczna płyta i tutaj też to jest m.in. w utworze „Życie trwa”, czy „Pierwsze pióro”. „Światło i mrok” to po prostu album Wilków. Zagraliśmy tak, żeby sprawiało nam to frajdę i nie dorabiałbym do tego ideologii jeśli chodzi o muzykę. Inaczej ma się rzecz z tekstami.

 

– Z tekstami jest związane moje kolejne pytanie. Przewijają się przez nie pewne prawdy o życiu. Może bardzo proste, bo dotyczące miłości, przyjaźni, afirmacji życia, otaczającego nas świata, ale jednak ważne. Zbliżające się 50-te urodziny do tego Pana skłoniły?

– Wydaje mi się, że umieszczenie takiego delikatnego credo życiowego – bo tak można rozpatrywać te teksty – to dobry moment. Przez lata grania rock and rolla człowiek mimo wszystko dorośleje. W końcu mam dorosłych 20-letnich synów i pewien etap życia za sobą. Chciałem zasugerować, co lubię. To jest opowieść o mnie, przeze mnie i przez moich bohaterów opowiedziana. Chociażby utwór „Spłonąć i odejść”. Jest co prawda śpiewany w pierwszej osobie, bo tak mi jest najwygodniej, ale on nie jest do końca o mnie. Jest inspirowany życiem wielkich rockmanów, którzy nie dożyli takiego czasu, jak ja. To dedykacja dla nich.

Jest też kilka innych fajnych tekstów. Przepraszam, że tak mówię o nich, ale jestem z nich zadowolony, bo poświęciłem im wystarczająco dużo czasu, dopracowałem je. Nie pisałem ich na ostatnią chwilę, bo już trzeba było zamykać płytę, jak to mi się czasami zdarzało.

 

– W utworze „Życie trwa” pada pytanie: jak trzeba żyć? To sam siebie Pan pyta, czy to te dorosłe już dzieci pytają o to swojego ojca?

– No właśnie, dobrze to czytasz. Choć i ten utwór był inspirowany filmem „Yuma”. Miałem robić muzykę do tego filmu, utwór, który miał go kończyć. Ostatecznie do tego nie doszło, ale został mi zarys utworu, który bardzo mi się podobał i nie chciałem z niego rezygnować.

Na tej płycie jest zresztą wiele innych inspiracji. Na przykład „Świat to fajne miejsce” powstał po obejrzeniu bardzo ciekawego filmu dokumentalnego „Home – S.O.S. Ziemia” wyprodukowanego przez Luca Bessona, w którym pokazane jest, jak ludzkość degraduje Ziemię. Ma cudowne zdjęcia i narrację.

Świat oferuje nam tyle inspirujących rzeczy, że trudno od tego uciec, schować się w lesie i szukać tylko swoich wewnętrznych przemyśleń. Wydaje mi się, że ta płyta taka trochę jest. Starałem się uciekać w niej od typowych społecznych historii, rzeczy prozaicznych, które dzieją się nam na co dzień. Chciałem by była korzenna, aby myśli płynęły z serducha, opowiadały o tym, co się dzieje wewnątrz nas, a nie na zewnątrz. Nie ma więc na niej polityki, czy Internetu.

 

– Uczepię się tych dorosłych synów. Te proste prawdy życiowe zawarte na płycie „Światło i mrok” to właśnie werbalizacja rad 50-latka dla 20-latków?

– My takie rozmowy prowadzimy, ale nie na zasadzie, że siada tata-mentor i mówi swojemu synowi: słuchaj, jak się zakochasz, to postępuj tak, albo tak. Jesteśmy kumplami. Zdarza się, że siadamy, gramy na gitarach, opowiadamy sobie o różnych rzeczach i wyciągamy wnioski. To jest nasza rozmowa. I bez przesady, to też nie jest tak, że cała płyta jest poświęcona moim synom, ale jest na niej kilka kawałków, które mogliby posłuchać i je przemyśleć. Myślę na przykład o utworze „Miłości świat nieśmiały”. Kiedy pisałem ten utwór, myślałem o moich chłopakach.

Podstawą jest człowieczeństwo. Często zapominamy o czymś tak nam bliskim, jak nasz naskórek i uważamy, że czynienie zła, które służy nam to jest dobre. Zagnaliśmy się, szczególnie w dużych miastach, w korporacjach. Ludzie pracują jak niewolnicy w tych diabelskich korporacjach zła, zapominając o tym, że są ludźmi. To chyba podstawowa rada, którą chciałbym przekazać swoim synom. Nie tylko słowami, ale i czynami.

 

– W tekście „Spłonąć i odejść” pada ciekawe stwierdzenie dotyczące wolności: samotny jak wolność, wolny jak samotny człowiek. Tak należy ją rozumieć?

– Na pewno człowiek samotny jest bardziej wolny. Tu chodzi przede wszystkim o więzy rodzinne. Wystarczy sobie wyobrazić, że ktoś proponuje ci serię skoków ze spadochronem. Kiedy jesteś wolny, nie masz rodziny to rozważasz to tylko w swoim umyśle. A kiedy jesteś z kimś związany, to żona od razu mówi: no co ty, zwariowałeś?! Zresztą sam taką propozycję zaczynasz inaczej rozważać, myślisz nie tylko o sobie, ale i o swoich dzieciach na wypadek, gdyby coś podczas takiego skoku ci się stało.

 

– Kiedy był Pan jeszcze wolny od więzów rodzinnych to zdarzyło się zrobić coś kompletnie ekstremalnego, nieodpowiedzialnego?

– Tak, nawet w pewnym momencie igranie z życiem wielu członków zespołu Wilki było ulubioną pasją. Przy czym nie chodziło o skoki ze spadochronem, ale zażywanie pewnych specyfików, które szczególnie w połączeniu z alkoholem groziło śmiercią. To się zdarzało i kilku naszych kolegów odeszło z tego powodu. Na szczęście ta dyscyplina była naszą ulubioną bardzo krótko, poza tym urodziło mi się dwóch synów i trzeba było przestać fruwać i stanąć na ziemi.

 

– W zeszłym roku minęło 20 lat istnienia Wilków, w tym roku minęła okrągła rocznica wydania pierwszego Waszego albumu. W związku z tym była organizowana trasa koncertowa i…

– Wyszła reedycja naszego pierwszego albumu, zresztą fantastycznie wydana i jak na reedycję płyty sprzedała się całkiem nieźle. Polecam.

 

– Który utwór z tej płyty to Wasz ulubiony? A może ulubiony fanów, którzy chcą go słuchać na koncertach?

– Chyba „Son Of The Blue Sky”. Fani też domagają się „Beniamina” i graliśmy go, choć nie mamy pianina, bo gramy bez Andrzeja Smolika. Wykonujemy go na gitarach i wychodzi to całkiem nieźle. Taka popularność tego utworu cieszy, bo on przecież nigdy nie był singlem.

 

– Wilki startowały w tym roku w konkursie na piosenkę na Euro 2012. Dość niespodziewanie wygrały panie Jarzębiny. Jak przyjęliście to nieoczekiwane zwycięstwo?

– Nawet nie wiedziałem, jak to skomentować. Widziałem, że wielu artystów to zdenerwowało. Sam nie ukrywam, że stawiałem na kapelę Ino Ros. Bardzo fajnie grali.

My wzięliśmy udział w tym plebiscycie dla zabawy, nie z myślą o tym , aby się ścigać i wygrać, ale świętować wspaniałe wydarzenie, jakim niewątpliwie dla Polski było Euro 2012. Widziałem jednak, że wielu ludzi bardzo źle życzy Paniom Jarzębinkom.

A te kiedy wygrały, to płakały ze szczęścia i szkoda, że cała sprawa zakończyła się bardzo po polsku. Od razu znalazł się człowiek, który niby ten utwór skomponował, co było nieprawdą, bo to melodia ludowa. ZAiKS nie chciał wziąć tej piosenki pod ochronę. Koniec końców nie zostały nigdzie zaproszone, na żadne otwarcie Euro, a przecież to miała być oficjalna piosenka polskich piłkarzy.

 

– Po zwycięstwie Jarzębin w sieci pojawiały się komentarze, że te panie, albo bardziej ludzie oddający na nie głosy dali w pewnym sensie prztyczka w nos gwiazdom biorącym udział w tym konkursie. Może coś w tym jest, skoro niektórzy artyści się zdenerwowali po ogłoszeniu werdyktu.

– Jeśli chodzi o prztyczka w nos gwiazd, to w tym konkursie wcale ich tak dużo nie brało udział, bo był Feel, Maryla Rodowicz i my. Moim zdaniem Maryla Rodowicz miała szanse wygrać, może gdyby miała lepszą piosenkę…

Napisałem tę piosenkę cztery lata temu dla naszych piłkarzy i nie zamierzam się z tego tłumaczyć, dlaczego jestem kibicem piłki nożnej.

 

– Kibicem mimo wszystko? Mimo porażek?

– A co? Liczyłeś, że wygramy to Euro? Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, niemiecką, czy hiszpańską i potem na polską. Od razu widać różnicę. Kiedy polska reprezentacja była silna, to polskie kluby grały np. w finałach Ligi Mistrzów. Tamta drużyna musiała się skądś wziąć. Reprezentacja Polski nie może opierać się na czterech wyróżniających się zawodnikach grających w zagranicznych klubach. To musi być team świetnych piłkarzy, którzy wytrzymają turniej. Bo może się zdarzyć, że pojedziemy na mistrzostwa świata, że wygramy z Niemcami, albo z Anglią. Ale tylko raz. Żeby wygrać turniej to trzeba dobrze rozegrać na przykład osiem meczów. Wtedy trzeba mieć 15-16 świetnych piłkarzy, co nie zdarzy się nam w najbliższych 10 latach. No, może pięciu.

 

– Czyli mundial też jest poza naszym zasięgiem?

– Na pewno, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym? Bardzo bym sobie życzył, żeby była niespodzianka, żebyśmy chociaż wyszli z grupy. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że Lewandowski – czego mu nie życzę – ma kontuzję, to kto go zastąpi? Nie mamy zmiennika.

 

– Święta już za pasem. Daje się Pan wciągnąć w to całe zakupowe szaleństwo i otoczkę związaną z Bożym Narodzeniem?

– Chyba każdy daje się wciągnąć. Dlatego, że listopad poprzedzający święta jest tak ponury, że kiedy następuje grudzień i ten moment to… Te święta radości chyba właśnie po to są. Bóg się rodzi, jest cudownie, cieszmy się tym. Myślę więc, że te 90 procent społeczeństwa w to się wciąga. No, chyba że ktoś planuje wyjazd święta i sylwestra na Wyspy Kanaryjskie i sam wyklucza się z celebracji świąt Bożego Narodzenia. A jak wiesz, że spotkasz się rodziną, w grę wchodzą drobne upominki, to ruszasz do sklepów, wciągasz się w to zakupowe szaleństwo. I przygotowania do wigilii. Sam też pomagam mojej żonie Moniczce, bo święta robimy u nas. Mamy duży dom, więc zapraszamy naszych rodziców do nas. Zawsze jest żywa choinka, którą potem przesadzamy do ogrodu.

Kiedyś, jak chłopcy byli mniejsi to robiliśmy z nimi łańcuchy i inne ozdoby, przygotowywaliśmy różne zabawy, jeśli były już przygotowane potrawy, a zwykle jest kulinarna rozpusta. Choć mam swoje zdanie, to nie dziwię się, że Kościół pozwolił jeść szynkę w wigilię Bożego Narodzenia, bo te 12, a i choćby 6 dań na stole to i tak jest rozpusta.

 

– Jaki prezent Robert Gawliński chciałby zobaczyć pod choinką?

– Jak zwykle coś co by mi sprawiło radość, a w grę wchodzą rzeczy z dwóch dziedzin. Pierwsza to jest muzyka i może to być nowa płyta wykonawcy, którego lubię, albo tuner, czyli elektroniczny stroik do gitary, bo jeden mi się rozsypał, a drugi porwał syn. Albo fajny kapodaster. I myślę, że takich prezentów mogę się spodziewać od synów.

Natomiast Moniczka robi mi prawdziwe prezenty od Mikołaja, czyli zawsze to są niespodzianki. I nie wiem co dostanę od Mikołaja. Na pewno bym się cieszył, gdyby to było związany z moim hobby, czyli ze zbieraniem mieczy. Może jakiś sztylet, albo jakiś nóż surwiwalowy.

 

– A wnuk?

– Wnuk? Nie obraziłbym się na taki prezent, ale na razie się nie zanosi. Nie mam jeszcze 50 lat, a taki człowiek nie odczuwa jeszcze potrzeby bycia dziadkiem, choć znam już kilku, którzy nimi są.

Teraz jest inny świat. Młodzi ludzie sypiają ze sobą, ale ślub to już inna sprawa. Trudno teraz o pracę, o mieszkanie. Młodzi są teraz bardziej rozsądni i myślę, że jest jeszcze na to czas.

 

– Czego życzyłby Pan swoim fanom z okazji świąt i Nowego Roku?

– Zdrowia, spokoju ducha, wspaniałych przeżyć na koncertach ulubionych artystów. No i – jako że większość z nich to młodzi ludzie – wiele miłości, uniesień serca.

 Pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.