platforma blogowa portalu głos koszaliński

Lao Che „Soundtrack”. Elektronicznie, eklektycznie [recenzja]

„Soundtrack” Lao Che to odważna wycieczka w rejony muzyki elektronicznej, nie pozbawionej jednocześnie żywych gitar. To także bardzo interesująca wycieczka tekstowa w kierunku poszukiwania prawdy o Bogu, religii, Kościele.

Lao Che - Soundtrack

Lao Che – Soundtrack

Do pracy nad albumem „Soundtrack” muzycy Lao Che postanowili zaprosić Eddiego Stevensa, który współpracował np. z Moloko. Pod jego czujnym okiem powstało dziewięć piosenek (dziesiąta, a w zasadzie pierwsza to tylko 28-sekundowe intro z bliżej nieokreślonymi dźwiękami). Bez wątpienia słychać na tym krążku piętno Stevensa, bo aż kipi na nim od elektroniki: sampli i klawiszy. Co nie oznacza, że nie ma tu żywych gitar i innych instrumentów.

Choć faktycznie pierwsze wrażenie po odsłuchaniu „Soundtracku” to: ale dużo tu elektroniki. Nie ma się jednak co dziwić, skoro faktycznie singlowy „Zombi!” to bardzo energetyczny, przeładowany kosmicznymi dźwiękami i syntezatorami wprost z lat 80-tych utwór. Podobnie jest z „Jestem psem”, któremu blisko do miksu elektroniki w stylu Jean Michael Jarre’a z archaicznymi elektro-bitami hip-hopowymi. Ten hip-hopowy sznyt jest jeszcze potęgowany melorecytacją Spiętego.  A już kompletnym zaskoczeniem dla fanów Lao Che – nawet jeśli są przyzwyczajeni do eklektyzmu zespołu – może być „Govindam”, który jest prawdziwym chilloutowym, klubowym, choć mrocznym wymiataczem.

Sporo elektroniki jest też w „Na końcu języka”, ale tutaj dużo wyraźniej, niż w wymienionych wyżej utworach przebijają się żywe instrumenty. Dużo gitar jest też w mocno funkującym,  wesołym „Już jutro”.  Do bardziej gitarowych kompozycji można zakwalifikować te zdecydowanie spokojniejsze produkcje: kołysanka „KołysanEgo” i przepiękny, wolno snujący się „Idzie wiatr”.  W tych utworach także słychać elektro-dźwięki, ale proporcje są odwrócone. W tych wcześniejszych to elektronika jest na pierwszym miejscu, a gitary w tle. W tych ostatnich to sample robią tło dla gitar.

W przypadku Lao Che istotne, a może nawet istotniejsze od muzyki są teksty. Te jak zwykle rzadko mówią cokolwiek wprost, ich sens właściwy sens ukryty jest najczęściej pod warstwą rozbudowanych metafor. Przykład? „KołysanEgo”, który wprost opowiada o śpiącym karzełku. Ukryty sens zaczyna być widoczny w historii jego poczęcia, a urodził się bez pomocy matki, w wyniku miłości własnej pewnego taty. Wątpliwości dotyczące tego, o czym jest ten tekst rozwiewa sam tytuł utworu. Z kolei w „Jestem psem” Spięty wciela się w zwierzę. O czym jednak jest ten utwór? Interpretujcie sami.

Najbardziej dosłowny, nie pozostawiający wątpliwości wydaje się jednak „Dym”, w którym wokalista zdradza: „rzuciłem palenie i kościół też. Do pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie”. I w zasadzie cały tekst jest o Bogu, religii, o Kościele. Początkowo myślałem nawet, że Spięty daje tymi słowami swoje świadectwo pójścia w kierunku apostazji, jednak inne fragmenty albumu mnie z tego przekonania wytrąciły. Bo „pierwiastek boski” pojawia się jednak także w wielu innych utworach „Soundtracku”, m.in. w „Idzie wiatr” („czasem koronę zadzieram ku niebu i w trwodze przyklękam na jednym korzeniu”), „Już jutro” („Jutro on poda mi dłoń bez zobowiązania. Jutro on poda mi dłoń nie do pocałowania. Jutro uwierzę, że na wzór swój mnie ulepił. Jutro zaufam, że przy robocie tej nie pił”), „Jestem psem” („I raz to nawet sobie zadałem to pytanie: Co ze mną w końcu, na końcu się stanie?”). Może więc autor tekstów na razie wątpi, poszukuje swojej prawdy na temat religii, wiary i Kościoła?

Kończąc, to nie jest łatwa płyta, ale warto poświęcić mu kilkadziesiąt minut i odsłuchać wszystkie długie, bo najczęściej ponad 5/6-ciominutowe utwory. Można się w nich rozsmakować. A nawet trzeba!

autor: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.