platforma blogowa portalu głos koszaliński

Tomasz Skórka [Muchy]: Byłem fanem Much, zostałem ich basistą [wywiad]

Rozmowa z Tomaszem Skórką, basistą zespołu Muchy. Tomek pochodzi z Bobolic, przez wiele lat był też związany z Koszalinem. Tutaj opowiada o nowej płycie Much, o tym, jak trafił do Much i zdradza, co będzie można usłyszeć na koncercie 24 lutego 2012 roku w pubie Graal w Koszalinie.

- Opener 2010. fot. Jarecki”]Tomasz Skórka [Muchy] - Opener 2010. fot. Jarecki

– Muchy pracują już nad nową, trzecią płytą. W jakim klimacie będzie utrzymany? Rock energiczny, jak singiel „Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę”, czy może bardziej nastrojowy?
– To ciekawa sprawa, bo ta piosenka w ogóle nie oddaje klimatu, nie jest reprezentatywna dla materiału, który będzie zawarty na naszym nowym albumie. Cały czas pracujemy  nad nim w studiu we Wrocławiu. Idzie to w stylistycznie odważną stronę. Mam nadzieję, że będzie to bardzo zróżnicowany, ciekawy i zaskakujący materiał. Na pewno nie będzie to muzyka jak na naszych poprzednich płytach „Terroromans”, czy „Notoryczni debiutanci”. Puszczamy już naszym znajomym pierwsze dźwięki i wszyscy są mocno zdziwieni, zaskoczeni. Nie możemy się już doczekać, jak odbiorą to słuchacze, krytycy.

– Płyta nosić ma tytuł „Chcę Ci coś powiedzieć”. Co więc Muchy będą chciały powiedzieć fanom?
–  Na tej płycie znajdzie się dokładnie taka muzyka, jaką chcemy przedstawić słuchaczom. Wcześniej wchodząc do studia sami nie wiedzieliśmy, jak nasze piosenki zabrzmią. Uczyliśmy się tego fachu. Do tej pory nie mieliśmy takiego doświadczenia w pracy w studiu, nie byliśmy jeszcze tak mocno zgrani, jak teraz. Pełną świadomość tego, jak nasze utwory mają wyglądać mamy teraz i podpisujemy się pod tym materiałem obiema rękami. Chcemy więc pewnie powiedzieć, że TO są właśnie Muchy.

– Znana jest już data premiery płyty?
– Jeszcze nie. Ale na wiosnę można spodziewać się nowego wydawnictwa Much. Nie chcemy się z tym za bardzo spieszyć. Wydanie płyty to poważne przedsięwzięcie. Trzeba znaleźć wytwórnię, ułożyć z nią cały plan pracy, a to pochłania sporo czasu.

– Muchy to zespół z Poznania. Ale nie wszyscy wiedzą, że basista Much, czyli Ty, pochodzisz z Pomorza, z Bobolic dokładnie. Jak trafiłeś do Much?
– Faktycznie, ja i moja rodzina pochodzimy z Bobolic. Także z Koszalinem mam mocne powiązania. Przez cztery lata uczęszczałem tu do liceum im. St. Dubois, przez długi czas dumnie reprezentowałem też barwy koszalińskich klubów piłkarskich (najpierw Bałtyk, potem Gwardia, której kibicuję do dziś). A kiedy wyjechałem na studia do Poznania, zostałem wciągnięty do Much. Przez moją siostrę, bo to byli jej znajomi. Gdy zamieszkałem w Poznaniu, to jako młodszy brat byłem przez siostrę wszędzie zabierany, dzięki niej odkrywałem jak wygląda życie w tym mieście. Tak poznałem się z chłopakami. Bawiliśmy się wspólnie na kilku imprezach. Wiedzieli, że gram na basie i po prostu któregoś dnia zadzwonił do mnie Michał, wokalista Much i zapytał mnie, czy nie chciałbym z nimi grać. Propozycja padła bez żadnych prób, castingów – chyba po prostu uznali, że towarzysko się nadaję.
Oni wtedy byli już w trasie z zespołem Hey. Dla mnie to było duże wydarzenie, nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko zacząć uczyć się grać piosenek Much. Muszę przyznać, że do tego czasu byłem fanem Much, aż tu nagle przyszło mi grać w tym zespole…

– Dołączyłeś więc już w momencie, kiedy zespół był znany. Trudno było się odnaleźć w zespole?

– To prawda. Dołączyłem dokładnie w momencie, kiedy płyta „Terroromans” była już gotowa, lada moment miała mieć premierę. Trasa z zespołem Hey już była ułożona. Nie uczestniczyłem w niej. Swój debiut w Muchach miałem w Warszawie na koncercie radiowym w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Można więc powiedzieć, że to był dla mnie wymarzony, wręcz „książkowy” debiut.
Dopiero później zdałem sobie z tego sprawę. Wtedy wokół Much, jak na młody zespół, było sporo szumu: płyta wydana, propozycje koncertów, imprez, sesji i tak dalej. Myśleliśmy, że tak to właśnie się dzieje, odbieraliśmy to naturalnie, próbowaliśmy sobie z tym radzić. Z perspektywy czasu wiemy, że to był niesamowity czas, że chyba jednak takie rzeczy tak często młodym zespołom się nie zdarzają.

– Jak oceniasz zainteresowanie na przestrzeni tych kilku lat? Wzrasta, słabnie, jest na podobnym poziomie?
– Uważam, że naszym największym sukcesem jest to, że ten zespół cały czas funkcjonuje, możemy grać trasy koncertowe i jest zainteresowanie Muchami. Wiadomo, że ono się zmieniało. Zawsze po wydaniu płyty zainteresowanie jest większe. Jak patrzę wstecz, to po wydaniu „Terroromansu” było naprawdę duże. Na koncertach – jak na taki początkujący zespół – mieliśmy wysokie frekwencje, praktycznie nie zdarzało się, żeby koncert okazał się „wtopą”, że nikt na niego nie przyszedł, że impreza się nie udała. I byliśmy przekonani, że to tak po prostu działa. Przyszedł jednak kolejny sezon koncertowy, gdzie Muchy już nie były nowością na rynku, nie były atrakcją, którą warto po raz pierwszy zobaczyć. Trzeba więc było już więcej pracować, żeby ludzie przyszli nas słuchać. Zdaliśmy sobie sprawę, że to bardzo ciężka praca i bardzo łatwo można z tego wózka wypaść. Na szczęście udaje nam się do dzisiaj skutecznie funkcjonować i staramy się dalej rozwijać, żeby mieć wiernych fanów.

– Grasz w Muchach już ładnych parę lat, zajmujesz się też organizacją koncertów. To trudne zadanie?
– Trudne i przyjemne. Dla muzyki rozrywkowej nastały niełatwe czasy. To mogę powiedzieć z całą stanowczością. Lata 2008-2009 były dużo lepsze, nie tylko dla Much, ale ogólnie dla zespołów, niż obecnie. Odczuwa się ten przeklęty „kryzys”.
O koncerty i promocję wokół zespołu dbamy sami. Stwierdziliśmy, że po pierwsze wiemy, jak to chcemy zrobić. Po drugie chcemy być niezależni i odpowiedzialni za to, co się wokół Much dzieje, jak zespół funkcjonuje. Sami chcemy czerpać z tego korzyści, bądź też ponosić konsekwencje tych działań.

– Gracie w różnych miejscach: w niewielkich pubach, w zamkniętej przestrzeni; ale i na wielkich scenach festiwalowych typu Opener, Jarocin. Którą formę wolicie?
– Szczęśliwie układa się to tak, że koncerty gra się w cyklach. Wiosną jest trasa klubowa, latem gra się na otwartej przestrzeni, na festiwalach, czy juwenaliach. Jesienią znowu jeździ się po klubach.
Koncerty plenerowe charakteryzują się zazwyczaj znacznie lepszymi warunkami technicznymi – jest dobry sprzęt nagłośnieniowy, duża scena na której łatwo się pomieścić, stąd na takich koncertach dużo łatwiej się „pracuje”. Oprócz tego zazwyczaj jest znacznie więcej słuchaczy, a koncert dla dużej grupy ludzi to bardzo przyjemna sprawa. Za to w klubach masz bardzo bliski kontakt z publicznością. Ludzie są wręcz na wyciągnięcie ręki, dokładnie widzisz jak reagują na Twoją muzykę i jest to niesamowite uczucie.
Zazwyczaj jest więc tak, że na koniec trasy klubowej nie możemy się już doczekać koncertów plenerowych, ale pod koniec lata z niecierpliwością czekamy już na pierwszy występ w ciasnym klubie.

– Wkrótce, 24 lutego zagracie w Koszalinie, w pubie Graal. Co będzie można usłyszeć?
– Z racji tego, że – jak wspominałem – pracujemy z chłopakami nad nową płytą, to oprócz piosenek już znanych z naszych płyt, jak choćby „Miasto doznań”, „Galanteria”, czy „Przesilenie”, to zagramy sporo nowe piosenek, z czego kilka zupełnie premierowo. Ostatni koncert graliśmy w listopadzie, a mamy już luty, więc kilka utworów w tym czasie powstało i właśnie je zagramy w Koszalinie po raz pierwszy.

Pytania zadawał: Mariusz Rodziewicz

kontakt: mariusz.rodziewicz@mediaregionalne.pl

Komentowanie wpisu jest wyłączone.