platforma blogowa portalu głos koszaliński

Cabaret w Teatrze Variete Muza. Dobrze, choć… chciałoby się więcej

Właśnie wróciłem z „Cabaretu” wystawianego od dziś w koszalińskim Teatrze Variete Muza. I jak było? Dobrze. Interesująco. Może nawet bardzo. Ale nie rewelacyjnie.

Cabaret - fot. Radek Koleśnik

Cabaret - fot. Radek Koleśnik

W Koszalinie już od jakiegoś czasu huczało, że Teatr Muza bierze się za bary z jednym z musicalowych klasyków – „Cabaretem”. Trzeba było więc pójść – za mocną namową żony – i zobaczyć efekt finalny.

Dla tych, którzy nie znają opowieści – streszczam.

Miejsce akcji to Niemcy w czasach, kiedy Adolf Hitler zdobywając coraz więcej zwolenników ma lada moment dojść do władzy. W takich właśnie okolicznościach Cliff – młody amerykański pisarz podróżujący po świecie wyraźnie szukając natchnienia – trafia do Berlina. Wynajmuje pokój w kamienicy, którą prowadzi starsza pani (adorowana przez wdowca – niemieckiego Żyda). Tam Amerykanin poznaje Sally, kobietę pracującą w kabarecie. Zamieszkują ze sobą. W jakich okolicznościach – to już musicie zobaczyć sami.

Historia jest sprawnie opowiedziana i zaśpiewana jest przez aktorów występujących w musicalu.

Na pewno z dużym poczuciem humoru. Były momenty, kiedy nie tylko ja, ale cała sala parskała śmiechem. Na przykład w piosence o cudownym owocu – ananasie, którego od swojego adoratora dostaje w prezencie właścicielka kamienicy, albo w piosence, w której Konferansjer występuje w stroju tyrolskim z dwiema „Helgami” i śpiewa o seksie w trójkącie.

Na pewno „Cabaret” to też historia opowiedziana z pewną dawką dramaturgii. Jednak scena, kiedy to Pisarz rozstaje się ze swoją Sally to chyba jedyny moment, który zrobił na mnie wrażenie. Może mną nie wstrząsnął, ale w jakimś stopniu wzruszył.

Bo – muszę przyznać – że główny bohater (czy też bardziej aktor go grający) przez większą część spektaklu był jakiś taki… „przytłumiony”, zachowawczy, jakby nie mógł się rozkręcić i dać z siebie wszystkiego. Przez to główni bohaterowie nie robili tak dobrego wrażenia, jak para drugoplanowa – Fraulein Schneider i Schulz.

W spektaklu jednak zdecydowanie więcej było plusów niż minusów.

Wśród zdecydowanych plusów wymieniłbym muzykę zagraną przez orkiestrę. Słuchało się jej z prawdziwą przyjemnością. Były bardzo dobrze zaśpiewane piosenki, choć żaden z wokali nie wstrząsnął mną, nie spowodował u mnie ciarek. Nawet Konferansjer (czy też Mistrz Ceremonii, który swoim zachowaniem do złudzenia przypominał mi Jima Carreya z filmu „Maska”) w zasadzie najważniejsza postać na scenie, mnie nie zmiażdżył.

Choreografia? Cóż… Dobra, momentami świetna, dość odważna, bo zawierająca nie tylko taniec kabaretowy (wykonywany przez zgrabne tancerki), ale i elementy… break dance’a (wśród tancerzy zauważyłem członka koszalińskiej grupy NASA). Jednak i tak czegoś mi w niej zabrakło…

Jak więc w ogólnym rozrachunku wypadł piątkowy „Cabaret”? Było dobrze, bardzo dobrze, ale nie rewelacyjnie. Bez problemu wysiedziałem w teatrze trzy godziny, nie nudziłem się, nieźle się bawiłem. Jednak spektakl nie wzbudził we mnie wielkich emocji. Nawet jeśli musical ma być tylko rozrywką, to chyba spodziewałem się czegoś więcej.

Komentowanie wpisu jest wyłączone.