platforma blogowa portalu głos koszaliński

Voo Voo na Przystanku Woodstock

Voo Voo to zdecydowanie koncertowy zespół. Jeśli chcecie się o tym przekonać to sięgnijcie po DVD z dwóch koncertów z Przystanku Woodstock.

Zdarzyło mi się kiedyś być na koncercie Wojtka Waglewskiego i jego zespołu. To było kilka lat temu na plaży w Mielnie. Voo Voo grało wtedy w wakacje wspólnie z Lechem Janerką.

Pierwszy grał Janerka. Było głośno i energetycznie. Po nim na scenę weszło Voo Voo. Kiedy zaczęli grać miałem wrażenie, że wszystkie wzmacniacze (a może w ogóle całe nagłośnienie) zostało ściszone. Mimo to – a może właśnie dlatego – energia płynęła ze sceny. Bo okazało się, że nie trzeba grać głośno, żeby było fajnie. Koncert był naprawdę dobry.

Dlatego też z przyjemnością sięgnąłem po dwupłytowe wydawnictwo DVD z koncertów zespołu, które grupa zagrała na Przystanku Woodstock.

Pierwsza płyta zawiera występ z 2004 roku. Wojtek Waglewski i ekipa zaserwowała swoim fanom „przeglądówkę” swoich najlepszych utworów. Zagrali m.in. utwory: „Moja broń”, „Nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic”, „Flota zjednoczonych sił”, „Łobi jabi”.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=kmleMRFFZa4&feature=related[/youtube]

Z kolei na drugim krążku z koncertu z 2009 roku można znaleźć przede wszystkim utwory z ostatniego albumu „Samo Voo Voo”, jak choćby „Barany”, „Nie fajnie”, „Łan  Łerd Łan Drim”, „Dziki”, „Komboj”.

W obu tych koncertach zespół pokazuje, że na scenie świetnie się czuje i muzycy podczas koncertu bardzo dobrze rozumieją się bez słów. Praktycznie żaden numer (w obu koncertach) nie został zagrany „jeden do jednego” tak, jak został zarejestrowany na oficjalnym albumie.

Muzycy kierowani przez Wojtka Waglewskiego stawiają na improwizację. Jeden numer zaczną inaczej, kolejny – inaczej zakończą, w jeszcze innym – zmienią środek, zmienią cały aranż utworu, albo zupełnie odpłyną przeciągając utwór i świetnie bawiąc się z publicznością.

Mistrzem w tym jest Mateusz Pospieszalski, który swoimi „łobi, dubi, mrrrmakmanama” (wiecie o co mi chodzi?) zmusza uczestników koncertu do wspólnego śpiewania. Choć akurat to – i nadmierne rozciąganie utworów w czasie (szczególnie dużo tego jest podczas koncertu z 2004 roku) – na dłuższą metę może nużyć i denerwować.

Zaznaczam jednak, że denerwować może w przypadku oglądania koncertu w domu z DVD, bo przecież wiadomo, że ci, którzy na Przystanku (czy każdym innym koncercie) byli, oglądając i słuchając występu na żywo odbierali i przeżywali muzykę zupełnie inaczej. I właśnie takie improwizacje oraz „rozbudówki” są zazwyczaj najlepsze, bo tworzą niezapomniany klimat koncertu. Szczególnie kiedy to „łobi, dubi, mrrrmakmanama” śpiewa kilkadziesiąt tysięcy gardeł.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ySYIxzW808A[/youtube]

Komentowanie wpisu jest wyłączone.