platforma blogowa portalu głos koszaliński

Jimi Hendrix wiecznie żywy. Dzięki Valleys Of Neptune

Wirtuoz Gitary Jimi Hendrix zmarł 40 lat temu. Nie przeszkadza to jednak wydawaniu kolejnych płyt z Jego utworami.

Jimi Hendrix - Valleys Of Neptune

Jimi Hendrix - Valleys Of Neptune

Jimi Hendrix jest swego rodzaju fenomenem na rynku muzycznym. I to nie tylko dlatego, że – zdaniem wielu fachowców – zrewolucjonizował grę na gitarze. Jego fenomen polega również na tym, że po śmierci wydał więcej płyt, niż w czasie swojego krótkiego życia.

Pośmiertne albumy

Do 28. roku życia – do momentu kiedy to zachłysnął się swoimi wymiocinami mając w organizmie sporo barbituranów – na swoim koncie miał „zaledwie” cztery płyty. Natomiast już po Jego śmierci rozpoczął się festiwal wydawania płyt. Oficjalnych wydawnictw było do tej pory 9, a na rynku pojawiały się także dziesiątki, a może nawet setki różnego rodzaju bootlegów i innych nagrań sesyjnych. Bo Jimi lubił rejestrować swoje sesje nagraniowe, jamsession w pokojach hotelowych i klubach. Jego wyczyny na koncertach nagrywali także sami fani i stąd – mimo przedwczesnej śmierci Wirtuoza – miłośnicy muzyki mogą delektować się grą gitarzysty.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=OqQOaA2LPRo[/youtube]

Valleys Of Neptune

Najnowsza płyta Jimiego to właśnie m.in. archiwalne nagranie z sesji z 1969 roku, kiedy to Gitarzysta wraz z zespołem przygotowywał się nagrania kontynuacji „Electric Ladyland”. Na krążku wydanym na początku marca 2010 roku znajdziemy 12 utworów, wśród których jest wiele nie publikowanych wcześniej kompozycji. Są wśród nich także nieco inne wersje klasyków „Fire”, „Red House”, czy „Stone Free”. Nie brakuje też coverów – „Bleeding Hart” Elmora Jamesa oraz „Sunshine Of Your Love” Cream.

Kiksy budują klimat

Płyta nie opuszcza mojego odtwarzacza od kilku dni. Słucham jej z prawdziwą przyjemnością. Bo jak nie zachwycać się świetną grą Hendrixa, który z każdej rockowej, czy bluesowej melodii robi małe arcydzieło? Jimi jak zwykle nie lubi trzymać jednego schematu i co chwilę odpływa od głównego riffu, aby dograć „coś od siebie” (choćby najkrótszy dźwięk), aby za chwilę odpłynąć w solówce.

Na „Valleys Of Neptune” słychać także, że nawet taki Mistrz jak Jimi jest tylko człowiekiem i też może się pomylić. Przy uważnym słuchaniu można wyłapać wpadki gitarzysty. Tu nie uderzy w struny jak trzeba, tam opuści jakiś dźwięk, albo nagle w czasie śpiewania odejdzie od mikrofonu.

Te kiksy oczywiście nie denerwują, a budują klimat albumu.

I jak się okazuje, nie będzie to jednorazowe wydawnictwo z utworami Jimmiego w tym roku. Bo „Valleys Of Neptune” to początek „The Jimi Hendrix Catalogue!” przygotowywanego z okazji 40. rocznicy śmierci Wirtuoza Gitary.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=7BSsd3f8Cwo[/youtube]

Czy to ma sens?

Zastanawiam się tylko, czy w każdym wypadku (w tym również) wydawanie pośmiertnych albumów ma sens. Wiadomo przecież, że w takich sytuacjach nie chodzi tylko o Wspomnienie Zmarłego Artysty, ale także – a w przypadku Firm Płytowych pewnie przede wszystkim – o kasę. Bo przecież przypadków grubego zarobku na śmierci  muzyka jest wiele.

Elvis Presley po dziś dzień jest jednym z najlepiej zarabiających nieboszczyków. Podobnie jest w przypadku Kurta Cobaina, Johna Lennona, 2Paca (ten raper również więcej albumów wydał po śmierci, niż za życia) a ostatnio także Michaela Jacksona.

Również na polskim rynku można znaleźć identyczne zachowania. Mieliśmy z tym do czynienia choćby po śmierci Agnieszki Osieckiej.

Podyskutujmy

Zachęcam więc do dyskusji. Czy jesteście za wydawaniem kolejnych płyt po śmierci artysty? Czy te płyty są wartościowe? Czy to tylko zbijanie kasy na Gwiazdach?

4 komentarze do “Jimi Hendrix wiecznie żywy. Dzięki Valleys Of Neptune”

  1. oli napisał(a):

    najczęściej rzeczy wydawane po śmierci to szity, które nie zmieściły się na płyty wydane za życia. Albo miały odejść w zapomnienie…. Ale też to kupa radochy dla fanów. To jak z pisarzami. Trzymają w szufladach jakieś książki, które ich zdaniem nie powinny zobaczyć dziennego światła. Ledwo ich zakopią a już można je kupić w księgarniach. To gratka dla fanów, krytyków. Owca cała, wilk syty. Ktoś na tym zarabia, ale fani dostają coś więcej, o ile dławi ich niedosyt po śmierci idola, to w ogóle są zadowoleni:) Ja tam wciąż czekam, jak znajdą jeszcze jakieś zapomniane opowiadania P.K. Dicka:)

  2. gramuzyka napisał(a):

    Trudno się z Tobą nie zgodzić. Pewnie rzeczy, które za życia przez artystów były chowane „do szuflady” właśnie dlatego, że ich zdaniem nie były warte wydania, albo były jeszcze nie dopracowane. A tu ciach! Po śmierci się to wydaje i to się podoba. Bo to w końcu spuścizna do Wielkim Artyście. Tak było, jest i będzie. Osobiście z przyjemnością słucham „nowego” Hendrixa. Zastanawiać mnie tylko fakt, dlaczego te nagrania pojawiają się dopiero po 40. latach od śmierci? „Nagle” się odnalazły? Czy „nagle” ktoś chciał za nie wystarczająco dużo zapłacić, bo wyczuł, że 40. rocznica śmierci to dobry moment na wydanie tego? Inną sprawą jest fakt, że ta płyta jest taka droga! 77 zł to niemało za album z muzyką. Ale dla fana to i tak perełka i zapłaci każdą kaskę, żeby płytę posiadać. Niezależnie od tego, jakimi pobudkami kierowali się ci, którzy tę płytę wydali. PS. Ty czekasz na P.K. Dicka, a ja z przyjemnością posłuchałbym jeszcze czegoś dotąd nie wydanego Darrela Dimebaga (Pantera), Chucka Schuldinera (Death), albo Layne’a Staleya (Alice In Chains, Mad Season) 🙂 I zapłąciłbym za to!

  3. mikky napisał(a):

    Wlasnie dzisiaj dostalem w rece nowa plyte i slucham caly dzien 🙂 Jednego jestem pewien, ze nie wszystkie kawalki sa „nowe” i „swieze” i ze teraz zostaly odkryte. Rzucilo mi sie w oczy to, ze zadne z wykonan nie tych utworow nie jest dla mnie nowe, oprocz „Ships passing through the night”, „Lullaby for the summer” i, mimo znanego z „Catfish blues” riffu „Cryin blue rain”, ktorych w ogole wczesniej nie znalem. Pozostale pochodza z hendrixowych jam sessions lub koncertow, ktore wielokrotnie byly juz wczesniej wydawane, a na tej plycie zagrane sa przez jimiego identycznie z poprzednimi wersjami. Nasuwaja sie dwie mozliwosci: – albo jimi chcial nagrac je jeszcze raz w studiu i zagral to samo, nuta w nute, stosujac nawet te same gitarowe przestery – albo wydawca plyty zrobil miks tamtych, istniejacych juz w sklepach, nagran, remasterujac utwory i wypelniajac „gorzej slyszalne” sciezki nagranymi wspolczesnie (sic!) ( szczegolnie chodzi mi o „Mr bad luck”, ewidentny remaster „Look over yonder” z „Everyway to paradise” ) O ile pierwsza mozliwosc wydaje mi sie malo mozliwa ( chyba nigdy nie zdarzylo mi sie jeszcze uslyszec dwa takie same wykonania jednego utworu hendrixa, z tego wzgledu chyba, ze sam jimi nigdy nie lubil grac tego samego dwa razy, a tymbardziej isc do studia jeszcze i spinac sie przed mikrofonem, zeby odtworzyc to co zrobil na koncercie / sesji ), o tyle druga jest dla mnie przerazajaca. A przeciez wydawca zarzeka sie, ze utwory jeszcze nigdy nie byly wydane „oficjalnie”. Znaczy sie nie byly wydane za taka cene chyba ( 77 PLN to duzo, za duzo ) 😀 No, ale gwiazda musi na siebie zarabiac, czy raczej nie na siebie 🙂 Ciekawa recenzja btw, czekam na dalsze!

  4. gramuzyka napisał(a):

    Dzięki za swoją prywatną recenzję płyty i pozytywną ocenę mojego wpisu. Pozdrawiam.